Hej misie, mam dla was 2 małe informacje:
Otóż "Druggie" został kolejny raz nominowany do Bloga Miesiąca tym razem na miesiąc- grudzień 2015.
Jeśli chcielibyście na niego zagłosować link macie tutaj--> http://fanfictions-for-you01.blogspot.com/2016/01/gosowanie-na-blog-grudnia-2015.html
+ 2 informacja
Zbliżamy się już powoli do końca opowiadania, więc już i tak bym chciała wam podziękować za prawie 40 tyś wyświetleń! I 276 komentarzy! Tak cholernie się cieszę i dziękuję, to dla mnie dużo znaczy! <3
Następny rozdział mam nadzieję, że dodam albo we wtorek albo w środę, muszę go jeszcze dokończyć i sprawdzić, a tu taki malutki spojler:
" -Wszystko zaczęło się naprawdę niewinnie.- zaczął chłopak opierając się o biurko ze skrzyżowanymi rękami, ja natomiast siedziałam po turecku na łóżku dosłownie na przeciwko niego. Wszystkie emocje w moim ciele mieszały się ze sobą co było bardzo nieprzyjemne.
-Potrzebowaliśmy kasy "
Much love! xx
niedziela, 10 stycznia 2016
sobota, 2 stycznia 2016
25. "I can't believe"
Kiedy głos kobiety dotarł do moich uszu zastygłam momentalnie w miejscu. W miejscu, w którym kompletnie nie powinna teraz być. W ogóle nie powinnam być. Lucy, kogo ty oszukujesz...
Przymknęłam powieki czując, że zaraz się obudzę u siebie w pokoju, w najwygodniejszym łóżku na świecie, a to okaże się tylko złym snem.
Obudź się, obudź się, obudź się!
Uchyliłam powoli powieki i podniosłam się z łóżka. W pokoju panowała kompletna ciemność która nie pozwalała mi dojrzeć zupełnie nic. Serce podeszło mi do gardła kiedy poczułam jak ktoś chwyta mnie za bark.
-Lucy- zachrypnięty głos odbił się echem w mojej głowie co spowodowało gęsią skórkę. Kiedy moje oczy dostosowały się do ciemności panującej w pomieszczeniu, rozejrzałam się dookoła i odetchnęłam z ulgą gdy okazało się, że jestem w dobrze znanym mi miejscu.
-Co się stało?- zapytałam również z lekką chrypą i nie wiedząc dlaczego bo przecież jest już pewnie późno, a ja powinnam być już dawno w domu położyłam się z powrotem obok szatyna.
-Zasnęłaś- zaśmiał się i tym razem to on podniósł się z miejsca. Pokręciłam lekko głową spoglądając na zaspanego chłopaka.
-Serio?- również się zaśmiałam nie spuszczając z niego wzroku. Pomimo, że pokoju nie oświetlało nic innego jak lampy z zewnątrz, mogłam dostrzec jego rozczochrane na wszystkie strony włosy. Nie wiem dlaczego ale poczułam dziwne ukłucie w sercu. Justin również przeniósł na mnie swój wzrok i między nami nastała cisza.
-Mam przejebane- stwierdziłam.- powinnam być już dawno w domu-dodałam przecierając ręką twarz.
-To wolę ci nie mówić która jest godzina- parsknął śmiechem szatyn i po chwili leżał tuż obok mnie.
Jak można być taką idiotką i ta po prostu sobie zasnąć, wiedząc, że ma się dużo spraw do załatwienia? Między innymi sprawy dotyczące szkoły. Nawet nie pamiętam kiedy ostatnio dostałam jakąś pozytywną ocenę! Najwidoczniej można być aż taką idiotką...
-Trzeba było mnie obudzić- mruknęłam trochę niezadowolona.
-Ty mogłaś mnie obudzić jak przyszłaś, a nie kłaść się obok mnie- odpowiedział przybliżając się lekko do mnie. Zagryzłam nerwowo wargę.- chociaż- zaczął znów się do mnie przysuwając.- mi było bardzo wygodnie i przyjemnie- dokończył po czym wybuchł śmiechem. Wywróciłam oczami. Widzę, że dobry humor mu dopisuje.
-Czyli to mi się śniło- wypaliłam cicho sama do siebie przypominając sobie mój sen. Moje serce wróciło do normalnego bicia i już nie byłam taka zestresowana. To był tylko sen. To był tylko sen, Lucy.
-Co robisz?- zapytałam kiedy poczułam dłoń Justina jeżdżąca po mojej zgiętej nodze. Na moje słowa szatyn momentalnie zdjął rękę z mojego ciała i wstał. Zmrużyłam brwi na jego nagły ruch i podniosłam się do pozycji siedzącej spoglądając na niego.
-Jesteś może głodna?
Justin's POV
-Nadal nie jestem pewna czy to dobry pomysł- mruknęła brunetka krzyżując ręce na piersi. Wywróciłem oczami już całkiem poirytowany. Czego ona się boi? Idziemy jak prawie normalni ludzie do knajpki coś zjeść, a ona wielce przeżywa.
-Lucy- warknął zatrzymując się nagle na środku chodnika. Zbliżyłem się do dziewczyny i zsunąłem jej kaptur z głowy.
-Co?- mruknęła spoglądając na mnie tymi swoimi przepięknymi oczami. Bieber co ty pierdolisz? Chciałem szybko odwołać to co powiedziałem ale jakby się tak zastanowić to prawda. Lucy ma naprawdę piękne oczy, ogólnie całą jest piękna, mogę nawet powiedzieć, że jest idealna. No i pewnie się teraz zdziwiliście bo bynajmniej ja nigdy nie pomyślałbym, że zwykła dziewczyna może coś we mnie poruszyć. Najwidoczniej nie jest taka zwykła...
-Justin- głos brunetki przywrócił mnie na ziemie, a ja momentalnie zsunąłem swoją dłoń która nie wiedząc dlaczego znalazła się na jej policzku. Przez 5 lat żyłem tak naprawdę nie żyjąc. Kurwa, popieprzone nie? Ale o tym kiedy indziej.
-To tutaj- powiedziałem i obróciłem się przodem do budynku. Podszedłem bliżej do szarych, żelaznych drzwi i pociągnąłem za klamkę. Lucy zrobiła kilka niepewnych kroków w przód i weszła do środka, a ja tuż za nią. Kilka kolorowych świateł odbijało się na ścianach w głębi korytarza. Głośna muzyka dotarła do moich uszu, a na moje usta od razu wkradł się uśmieszek. Ile tutaj się działo...
-Tędy- mruknąłem i pociągnąłem Lucy za rękaw mojej bluzy która praktycznie na niej wisiała, ale muszę przyznać, że wyglądała w niej cholernie dobrze. Otworzyłem kolejne drzwi i przekroczyłem próg ciągnąc za sobą brunetkę.
-Wow- wydukała rozglądając się dookoła. Byliśmy już w mojej ulubionej knajpie. Zawsze przychodziliśmy tu z kumplami odkąd pamiętam. Szkoda, że wylądowałem w tym pieprzonym ośrodku, a oni zaczęli wydawać swoje ostatnie pieniądze na narkotyki. Wszystko na co ciężko pracowaliśmy, rozpieprzyło się w przeciągu nawet nie roku. Mogę stwierdzić, że wyszedłem na tym najlepiej. Mam gdzie wrócić jak wyjdę z ośrodka i to na pewno nie stary magazyn gdzie skończył m.in. Ryan.
-Justin!- piskliwy głos dotarł do moich uszu, a ja od razu wiedziałem do kogo należy. Drobna blondynka podbiegła do mnie i od razu się we mnie wtuliła. Nie widziałem Kate odkąd wylądowałem w ośrodku, więc trochę minęło.
-Wypuścili cię już? Jak się trzymasz?...- zaczęła zadawać dużo pytań na raz. Zacząłem się śmiać i odsunąłem od siebie dziewczynę.
-Hej, Kate spokojnie- parsknąłem śmiechem spoglądając na nią,a potem na Lucy która stała obok mnie lekko zakłopotana.
-To jest Lucy- wskazałem na brunetkę.- a to Kate, moja młodsza siostra.
-Miło mi cię poznać- powiedziała blondynka z uśmiechem na twarzy i wystawiła rękę w kierunku Lucy.
-Mi również- odparła i posłała dziewczynie przyjazny uśmiech.
-Dobra więc, 2 duże porcje tego co zawsze, bo zaraz umrzemy z głodu- zaśmiałem się i zająłem stolik w rogu sali.
-Już się robi!- krzyknęła uradowana i skierowała się w kierunku kuchni.
Lucy zajęła miejsce naprzeciwko mnie i naciągnęła rękawy bluzy na dłonie.
-Co jest?- zagadałem nie odrywając od niej wzroku.
-Nic- zaśmiała się.- nie wiedziałam, że masz siostrę.
-Jeszcze dużo rzeczy o mnie nie wiesz- odpowiedziałem posyłając brunetce chytry uśmieszek na co wywróciła oczami.
-To było najlepsze jedzenie jakie kiedykolwiek jadłam!- powiedziała podekscytowana od razu jak opuściliśmy budynek.
-Będziemy tu przychodzić częściej- wypaliłem i ugryzłem się niemalże od razu w język.
-Justin?- zapytała i nagle zatrzymała się w miejscu. Obróciłem się przodem do dziewczyny i zmrużyłem lekko brwi.
-Wiem, że nie powinna pytać i na pewno nie teraz, ani tutaj, ale nie mogę dłużej wytrzymać- mruknęła spuszczając głowę.
-Pytaj- powiedziałem lekko zaciekawiony i zbliżyłem się do niej.
-Kto tak naprawdę zabił ochroniarza?- moje ciało zesztywniało na samą myśl o tamtej sytuacji i nie, nie mam na myśli widoku martwego człowieka u mnie w pokoju, chodzi o coś zupełnie innego.
-Przyjaciele- wyszydził i zbliżył się do mnie.- No, Bieber, nieźle sobie nagrabiłeś.- trzymajcie mnie, bo zaraz rozpierdolę mu tą mordę. Jakim on kurwa teraz prawem wydaje polecenia?!
-Masz kurwa jakiś problem?- splunąłem i również zrobiłem kilka kroków w przód jeszcze bardziej zbliżając się do tego skurwysyna.
-Ja?- prychnął.- nie, nie mam, ale za to ty masz. Kilka i z tego co wiem, kilka poważnych- zaśmiał się. Mój wzrok przykuło kilka zaschniętych plam krwi na jego koszulce.
-Ty skurwysynu!- krzyknąłem i szybko znalazłem się obok tego frajera. Moje ręce migiem znalazły się na jego kurtce i uniosły go góry. Frajer.
-Proszę, powiedz mi Justin- powiedziała Lucy drżącym głosem. Wypuściłem powietrze z ust i zacisnąłem dłonie w pięść. Na samą myśl o tym skurwysynie mam ochotę rozjebać wszystko dookoła.
-Nie jestem pewien.- mruknąłem jeszcze bardziej zaciskając dłonie.
-Jesteś uniewinniony, racja?- zapytała podnosząc na mnie wzrok.- policja musi znaleźć prawdziwego mordercę- zagryzła wargę cały czas się we mnie wpatrując.
-Na pewno chcesz wiedzieć?- musiałem być pewny, bo doskonale wiem, że to co za moment usłyszy zaszokuje ją bardziej niż cokolwiek innego. Nie wspominając, że bliższe jej osoby mając z tym człowiekiem kontakt, na przykład jej przyjaciółka Madison.
-Proszę.- nabrałem powietrze do płuc po czym je powoli wypuściłem.
-Zayn Walker. - na moje słowa Lucy od razu pobladła na twarzy i mogłem dostrzec ogromny strach w jej oczach. Przyłożyła dłoń do ust i pokręciła głową pewnie nie dowierzając.
-To niemożliwe.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nawet nie wiecie jak mi jest głupio... Przepraszam...
Jestem jakaś niepoważna za to co teraz napisze, ale liczę, że mnie rozumiecie i skomentujecie...
Much love i do następnego xx
-Lucy- zachrypnięty głos odbił się echem w mojej głowie co spowodowało gęsią skórkę. Kiedy moje oczy dostosowały się do ciemności panującej w pomieszczeniu, rozejrzałam się dookoła i odetchnęłam z ulgą gdy okazało się, że jestem w dobrze znanym mi miejscu.
-Co się stało?- zapytałam również z lekką chrypą i nie wiedząc dlaczego bo przecież jest już pewnie późno, a ja powinnam być już dawno w domu położyłam się z powrotem obok szatyna.
-Zasnęłaś- zaśmiał się i tym razem to on podniósł się z miejsca. Pokręciłam lekko głową spoglądając na zaspanego chłopaka.
-Serio?- również się zaśmiałam nie spuszczając z niego wzroku. Pomimo, że pokoju nie oświetlało nic innego jak lampy z zewnątrz, mogłam dostrzec jego rozczochrane na wszystkie strony włosy. Nie wiem dlaczego ale poczułam dziwne ukłucie w sercu. Justin również przeniósł na mnie swój wzrok i między nami nastała cisza.
-Mam przejebane- stwierdziłam.- powinnam być już dawno w domu-dodałam przecierając ręką twarz.
-To wolę ci nie mówić która jest godzina- parsknął śmiechem szatyn i po chwili leżał tuż obok mnie.
Jak można być taką idiotką i ta po prostu sobie zasnąć, wiedząc, że ma się dużo spraw do załatwienia? Między innymi sprawy dotyczące szkoły. Nawet nie pamiętam kiedy ostatnio dostałam jakąś pozytywną ocenę! Najwidoczniej można być aż taką idiotką...
-Trzeba było mnie obudzić- mruknęłam trochę niezadowolona.
-Ty mogłaś mnie obudzić jak przyszłaś, a nie kłaść się obok mnie- odpowiedział przybliżając się lekko do mnie. Zagryzłam nerwowo wargę.- chociaż- zaczął znów się do mnie przysuwając.- mi było bardzo wygodnie i przyjemnie- dokończył po czym wybuchł śmiechem. Wywróciłam oczami. Widzę, że dobry humor mu dopisuje.
-Czyli to mi się śniło- wypaliłam cicho sama do siebie przypominając sobie mój sen. Moje serce wróciło do normalnego bicia i już nie byłam taka zestresowana. To był tylko sen. To był tylko sen, Lucy.
-Co robisz?- zapytałam kiedy poczułam dłoń Justina jeżdżąca po mojej zgiętej nodze. Na moje słowa szatyn momentalnie zdjął rękę z mojego ciała i wstał. Zmrużyłam brwi na jego nagły ruch i podniosłam się do pozycji siedzącej spoglądając na niego.
-Jesteś może głodna?
Justin's POV
-Nadal nie jestem pewna czy to dobry pomysł- mruknęła brunetka krzyżując ręce na piersi. Wywróciłem oczami już całkiem poirytowany. Czego ona się boi? Idziemy jak prawie normalni ludzie do knajpki coś zjeść, a ona wielce przeżywa.
-Lucy- warknął zatrzymując się nagle na środku chodnika. Zbliżyłem się do dziewczyny i zsunąłem jej kaptur z głowy.
-Co?- mruknęła spoglądając na mnie tymi swoimi przepięknymi oczami. Bieber co ty pierdolisz? Chciałem szybko odwołać to co powiedziałem ale jakby się tak zastanowić to prawda. Lucy ma naprawdę piękne oczy, ogólnie całą jest piękna, mogę nawet powiedzieć, że jest idealna. No i pewnie się teraz zdziwiliście bo bynajmniej ja nigdy nie pomyślałbym, że zwykła dziewczyna może coś we mnie poruszyć. Najwidoczniej nie jest taka zwykła...
-Justin- głos brunetki przywrócił mnie na ziemie, a ja momentalnie zsunąłem swoją dłoń która nie wiedząc dlaczego znalazła się na jej policzku. Przez 5 lat żyłem tak naprawdę nie żyjąc. Kurwa, popieprzone nie? Ale o tym kiedy indziej.
-To tutaj- powiedziałem i obróciłem się przodem do budynku. Podszedłem bliżej do szarych, żelaznych drzwi i pociągnąłem za klamkę. Lucy zrobiła kilka niepewnych kroków w przód i weszła do środka, a ja tuż za nią. Kilka kolorowych świateł odbijało się na ścianach w głębi korytarza. Głośna muzyka dotarła do moich uszu, a na moje usta od razu wkradł się uśmieszek. Ile tutaj się działo...
-Tędy- mruknąłem i pociągnąłem Lucy za rękaw mojej bluzy która praktycznie na niej wisiała, ale muszę przyznać, że wyglądała w niej cholernie dobrze. Otworzyłem kolejne drzwi i przekroczyłem próg ciągnąc za sobą brunetkę.
-Wow- wydukała rozglądając się dookoła. Byliśmy już w mojej ulubionej knajpie. Zawsze przychodziliśmy tu z kumplami odkąd pamiętam. Szkoda, że wylądowałem w tym pieprzonym ośrodku, a oni zaczęli wydawać swoje ostatnie pieniądze na narkotyki. Wszystko na co ciężko pracowaliśmy, rozpieprzyło się w przeciągu nawet nie roku. Mogę stwierdzić, że wyszedłem na tym najlepiej. Mam gdzie wrócić jak wyjdę z ośrodka i to na pewno nie stary magazyn gdzie skończył m.in. Ryan.
-Justin!- piskliwy głos dotarł do moich uszu, a ja od razu wiedziałem do kogo należy. Drobna blondynka podbiegła do mnie i od razu się we mnie wtuliła. Nie widziałem Kate odkąd wylądowałem w ośrodku, więc trochę minęło.
-Wypuścili cię już? Jak się trzymasz?...- zaczęła zadawać dużo pytań na raz. Zacząłem się śmiać i odsunąłem od siebie dziewczynę.
-Hej, Kate spokojnie- parsknąłem śmiechem spoglądając na nią,a potem na Lucy która stała obok mnie lekko zakłopotana.
-To jest Lucy- wskazałem na brunetkę.- a to Kate, moja młodsza siostra.
-Miło mi cię poznać- powiedziała blondynka z uśmiechem na twarzy i wystawiła rękę w kierunku Lucy.
-Mi również- odparła i posłała dziewczynie przyjazny uśmiech.
-Dobra więc, 2 duże porcje tego co zawsze, bo zaraz umrzemy z głodu- zaśmiałem się i zająłem stolik w rogu sali.
-Już się robi!- krzyknęła uradowana i skierowała się w kierunku kuchni.
Lucy zajęła miejsce naprzeciwko mnie i naciągnęła rękawy bluzy na dłonie.
-Co jest?- zagadałem nie odrywając od niej wzroku.
-Nic- zaśmiała się.- nie wiedziałam, że masz siostrę.
-Jeszcze dużo rzeczy o mnie nie wiesz- odpowiedziałem posyłając brunetce chytry uśmieszek na co wywróciła oczami.
-To było najlepsze jedzenie jakie kiedykolwiek jadłam!- powiedziała podekscytowana od razu jak opuściliśmy budynek.
-Będziemy tu przychodzić częściej- wypaliłem i ugryzłem się niemalże od razu w język.
-Justin?- zapytała i nagle zatrzymała się w miejscu. Obróciłem się przodem do dziewczyny i zmrużyłem lekko brwi.
-Wiem, że nie powinna pytać i na pewno nie teraz, ani tutaj, ale nie mogę dłużej wytrzymać- mruknęła spuszczając głowę.
-Pytaj- powiedziałem lekko zaciekawiony i zbliżyłem się do niej.
-Kto tak naprawdę zabił ochroniarza?- moje ciało zesztywniało na samą myśl o tamtej sytuacji i nie, nie mam na myśli widoku martwego człowieka u mnie w pokoju, chodzi o coś zupełnie innego.
-Przyjaciele- wyszydził i zbliżył się do mnie.- No, Bieber, nieźle sobie nagrabiłeś.- trzymajcie mnie, bo zaraz rozpierdolę mu tą mordę. Jakim on kurwa teraz prawem wydaje polecenia?!
-Masz kurwa jakiś problem?- splunąłem i również zrobiłem kilka kroków w przód jeszcze bardziej zbliżając się do tego skurwysyna.
-Ja?- prychnął.- nie, nie mam, ale za to ty masz. Kilka i z tego co wiem, kilka poważnych- zaśmiał się. Mój wzrok przykuło kilka zaschniętych plam krwi na jego koszulce.
-Ty skurwysynu!- krzyknąłem i szybko znalazłem się obok tego frajera. Moje ręce migiem znalazły się na jego kurtce i uniosły go góry. Frajer.
-Proszę, powiedz mi Justin- powiedziała Lucy drżącym głosem. Wypuściłem powietrze z ust i zacisnąłem dłonie w pięść. Na samą myśl o tym skurwysynie mam ochotę rozjebać wszystko dookoła.
-Nie jestem pewien.- mruknąłem jeszcze bardziej zaciskając dłonie.
-Jesteś uniewinniony, racja?- zapytała podnosząc na mnie wzrok.- policja musi znaleźć prawdziwego mordercę- zagryzła wargę cały czas się we mnie wpatrując.
-Na pewno chcesz wiedzieć?- musiałem być pewny, bo doskonale wiem, że to co za moment usłyszy zaszokuje ją bardziej niż cokolwiek innego. Nie wspominając, że bliższe jej osoby mając z tym człowiekiem kontakt, na przykład jej przyjaciółka Madison.
-Proszę.- nabrałem powietrze do płuc po czym je powoli wypuściłem.
-Zayn Walker. - na moje słowa Lucy od razu pobladła na twarzy i mogłem dostrzec ogromny strach w jej oczach. Przyłożyła dłoń do ust i pokręciła głową pewnie nie dowierzając.
-To niemożliwe.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nawet nie wiecie jak mi jest głupio... Przepraszam...
Jestem jakaś niepoważna za to co teraz napisze, ale liczę, że mnie rozumiecie i skomentujecie...
Much love i do następnego xx
niedziela, 29 listopada 2015
Informacja!
Wiem, że powinna już dodać rozdział, ale ostatnio mam strasznie dużo nauki itp. jeszcze trochę rzeczy w życiu mi się pochrzaniło i na razie nie mogę się skupić na pisaniu, bo nie chce dodać jakiegoś nudnego i krótkiego rozdziału. Mam już jakieś 1/3, ale nie jestem pewna czy chcę żeby tak wyglądała 25, więc jeszcze muszę się zastanowić czy przypadkiem nie zmienić pewnych wydarzeń no i oczywiście dokończyć. Szczerze to ten miesiąc chcę już zakończyć... Więc rozdział pojawi się na pewno po 10 grudnia bynajmniej mam taką nadzieję. Czekajcie cierpliwie misie i dziękuję za 33 tyś. wyświetleń, 17 komentarzy pod ostatnim postem i 259 komentarzy na całym blogu! Jesteście wspaniali i naprawdę jestem w szoku, że Druggie jest na jakimś poziomie i da się go czytać (XDDD).
Kocham Was i do następnego rozdziału!
P.S. Myślałam nad napisaniem "specjalnego" świątecznego rozdziału z Jucy, co wy na to? Jeśli chcielibyście taki post to napiszcie na dole czy na asku, tt, gdziekolwiek xx
Kocham Was i do następnego rozdziału!
P.S. Myślałam nad napisaniem "specjalnego" świątecznego rozdziału z Jucy, co wy na to? Jeśli chcielibyście taki post to napiszcie na dole czy na asku, tt, gdziekolwiek xx
piątek, 13 listopada 2015
24. "Hot"
Proszę, przeczytaj " Ważną informację" pod postem.
Miłego czytania misie xx
Uderzałam co jakiś czas nerwowo paznokciami o biały blat. Mama Madison zdziwiła się, że zamiast wejść na górę wolałam poczekać w kuchni... Nie umiem dogadać się z nią ostatnio, przez tą całą sprawę z Justinem i policją. Chyba za często to powtarzam. Wypiłam do końca wodę i odstawiłam szklankę do zlewu w celu umycia jej. Słysząc nagle kroki podniosłam głowę i ujrzałam dosyć elegancko ubraną brunetkę. Ulżyło mi kiedy wiedziałam, że jednak się zgodziła. Teraz tylko trochę skłamać i zakończymy tą cholerną zabawę. Przynajmniej mam taką nadzieję...
Wiatr po raz setny rozwiał moje długie kosmyki włosów na wszystkie strony, a ja nieudolnie starałam się je zgarnąć na jedną stronę.
-Dziękuję bardzo- parsknęłam cicho śmiechem.- do zobaczenia- mruknęłam i nacisnęłam czerwoną słuchawkę, kończąc tym samym rozmowę z panią Scott. Telefon schowałam do tylnej kieszonki moich czarnych rurek.
-Jesteś wielka- powiedziałam po paru sekundach z ogromnym uśmiechem na ustach kiedy Madison pojawiła się u mojego boku.
-Czego nie robi się dla przyjaciółki- odparła poprawiając torebkę na ramieniu. Naprawdę jest ogromnie szczęśliwa, że wszystko poszło tak jak miało pójść. Justin jest uniewinniony, a to najważniejsze.
-Masz u mnie dług- zaśmiałam się spoglądając na Madison. Dziewczyna również się zaśmiała.
Nagle słysząc kilka mocnych przekleństw, obie w tej samej chwili obróciłyśmy się przodem do budynku. Dwóch policjantów dość brutalnie trzymało po obu stronach naprawdę wkurzonego Justina.
-Co jest?- rzuciła Madison nie odrywając od nich wzroku.
-Nie mam pojęcia- odpowiedziałam krzyżując ręce na piersiach. Mundurowi skierowali się wraz z nieustannie wyszarpującym się Justinem do wozu policyjnego. Obróciłam głowę w bok widząc zmierzającą w naszym kierunku taksówkę. Od razu kiwnęłam ręką, a żółty pojazd szybko znalazł się obok mnie i brunetki.
-Chodź- powiedziałam wyrywając z zamyśleń przyjaciółkę. Nie zareagowała.
-Madison- pogoniłam ją wiedząc, że taksówkarz zaraz może sobie pojechać. Sama nie rozumiejąc zachowania dziewczyny, spojrzałam tam gdzie ona i można powiedzieć, że mega się zdziwiłam.
Po drugiej stronie drogi stał oparty o lekko zniszczoną ścianę budynku nikt inny jak Luke. Cała złość można powiedzieć opętała mój umysł i w tamtym momencie miałam cholerną ochotę do niego podejść i wykrzyczeć mu wszystko co o nim myślę. Jak można być takim bezczelnym? Obróciłam specjalnie głowę do tyłu żeby upewnić się, że może patrzy na kogoś za nami... niestety, nikt inny jak my nie znajdował się w pobliżu, samochód z Justinem już dawno opuścił parking.
-Chodź- powtórzyłam i pociągnęłam Madison za ramię.
-Jestem naprawdę ci wdzięczna- powiedziała pani Scott z uśmiechem.
-Naprawdę- zaczęłam.- to nie do końca moja zasługa, ale dziękuję.- odwzajemniłam uśmiech i wstałam powoli z miejsca zabierając swoją ciemną marynarkę z oparcia.
-Oj tam- zaśmiała się kobieta.- może to dziwnie zabrzmi, ale na Justinie szczególnie mi zależy..- przerwała na chwilę i spojrzała się na mnie. W jej oczach mogłam dostrzec coś naprawdę wspaniałego? Nie wiem jak to określić.
-W głębi serca wiem, że to dobry chłopak i po prostu życie go takim uczyniło, a na to naprawdę nie mamy czasami wpływu- wypuściła powietrze ze świstem biorąc zielony kubek w dłoń.- naprawdę ci dziękuję za to, że zamiast dokładać Justinowi jak i mi problemów to najzwyczajniej w świecie nam pomogłaś- powiedziała z ogromną radością w głosie wrzucając saszetkę z herbatą do naczynia.
-Jestem tu by pomagać- odpowiedziała, a uśmiech sam wkradł mi się na usta. Kiedy już chciałam wyjść, zatrzymał mnie lekko zmartwiony głos pani Scott.
-A i Lucy- zaczęła obracając się w moim kierunku.- co ci się stało?- zapytała, a ja od razu zagotowała się całą od środka. Obawiałam się, że zada to pytanie i w sumie nawet wiedziałam, że to nastąpi prędzej czy później. Dzięki Bogu, Madison nic nie zdołała zauważyć, bo naprawdę nigdy nie dałaby mi spokoju.
-A to- dotknęłam lekko opuszkami swojego policzka.- uderzyłam się, nic takiego- powiedziałam nerwowo gniotąc w rękach marynarkę.
-Jesteś pewna?- przymknęłam delikatnie powieki chcąc jak najszybciej wyjść.
-Jak nigdy dotychczas- zaśmiałam się i nie czekając na odpowiedź rzuciłam szybkie "Do widzenia" i wyszłam. W sumie teraz czeka mnie najgorsze, spotkanie w cztery oczy z Nim.
Otworzyłam drzwi starając się to zrobić jak najciszej co kompletnie nie miało sensu, ale pomińmy to. Przeszłam parę kroków i stanęłam praktycznie na środku pokoju spoglądając na leżącego na łóżku szatyna. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem na ten naprawdę uroczy widok. Nie chcą budzić chłopaka który i tak pewnie jest wykończony, obróciłam się i ruszyłam z powrotem do wyjścia.
Między mną, a Justinem nastała długa i krepująca cisza. Miałam wrażenie, że jedyne co chciałby mieć teraz to święty spokój więc postanowiłam już iść, jednak kiedy wykonałam pierwszy krok, do moich uszy dobiegł jego charakterystyczny, zachrypnięty głos którego tak bardzo długo nie słyszałam, za którym tak naprawdę cholernie tęskniłam.
-Zostań.
Pokręciła głową chcąc wymazać z niej nagłe wspomnienie które jak szybko się pojawiło, tak szybko pójdzie. Spoliczkowałam się w myślach i znów:
Widząc całkowicie wkurwionego Justin, przymknęłam szybko powieki wiedząc co się zaraz wydarzy. Moja dłoń niemalże od razu powędrowała do piekącego policzka.
Stanęłam centralnie przed drzwiami, opierając o nie głowę. Mam chyba dość. Poczułam dłoń która powoli odgarnęła moje roztrzepane włosy na jedną stronę i usta. Taak, te niesamowite usta.
-Nie idź- słowa odbiły się echem w mojej głowie, a ciało odmówiło posłuszeństwa. Chciałam wyjść, chciałam przestać tak reagować na jego dotyk, na jego głos, jego całego. Przecież ja go nienawidzę...ale nie mogę go ignorować. I to w cale nie dlatego, że zostałam mu przydzielona. Nie wytrzymała bym bez niego dnia, a tamte ostatnie tygodnie nawet nie wiecie jakie była dla mnie okropne i męczące. To było straszne.W jednej chwili cały świat zniknął. Zostałam tylko ja i On, a dookoła pustka. Jego usta wyznaczały coraz to mokrzejsze i pewnie bardziej widocznie ślady na mojej rozpalonej skórze. Kocham to. Justin bez mniejszych oporów z mojej strony obrócił mnie do siebie przodem i nie czekając na nic wpił się w moje czerwone od szminki wargi. Cichy jęk opuścił moje gardło. Justinowi najwidoczniej to bardzo się spodobało ponieważ poczułam jak uśmiecha się przez pocałunek. Jego dłonie zjechały na moje pośladki, delikatnie je zaciskając. Kolejny jęk wydobył się z mojego gardła co spowodował cichy śmiech szatyna. Przysięgam, ze jego śmiech to melodia dla moich uszu. Oplotłam nogi wokół bioder chłopaka i jako pierwsza zaatakowała jego usta.
-Nawet nie wiesz jaką miałem na to ochotę- mruknąłem na chwilę odrywając swoje wargi od warg Lucy. Dziewczyna lekko zarumieniła się na moje słowa co dodało jej jeszcze więcej uroku. Kocham to.
-Jestem twoja- wypaliła wplatając palce w moje włosy i przybliżając mnie do siebie. Zaśmiałem się cicho na jej nagły ruch jak i słowa. Może to zabrzmieć dziwnie, ale Lucy jest inna od tych wszystkich dziewczyn jakie miałem okazję. Jest z jednej strony niedostępna, a z drugiej nie tak do końca. Jeśli będzie tak dalej mój plan powiedzie się bez większych komplikacji.
-Przepraszam- wyszeptałem do jej ucha całując jego płatek.- Wiesz o czym mówię, prawda?- poczułem jak dziewczyna lekko kiwa głową na "tak".
-Nie gadajmy teraz o tym- mruknęła odchylając lekko głowę w bok dając mi idealne pole do popisu. Coraz bardziej zaczyna mi się ona podobać. Nie zaprzeczając słowom brunetki, zacząłem składać mokre pocałunki na ciepłej skórze dziewczyny. Po chwili przerzuciłem się na linię szczęki po to aby lada moment zatopić się w jeszcze cieplejszych wargach Lucy. Nagle delikatnie się wyprostowałem i zdjąłem z siebie biały T-shirt, po czym ponownie powróciłem do wcześniejszych czynów. Brunetka podniosła się momentalnie tylko żeby zaraz znaleźć się nade mną. Również bez zastanowienia pozbyła się swojej koszulki zostając w niesamowicie kuszącej bieliźnie. Było naprawdę dobrze, wręcz idealnie, ale oczywiście kurwa kiedy już tak jest musi się coś zjebać. Słysząc otwierające się drzwi mogłem sobie tylko wyobrazić co zaraz się stanie.
-Panie Bieber teraz pańska...O mój Boże.
Miłego czytania misie xx
Uderzałam co jakiś czas nerwowo paznokciami o biały blat. Mama Madison zdziwiła się, że zamiast wejść na górę wolałam poczekać w kuchni... Nie umiem dogadać się z nią ostatnio, przez tą całą sprawę z Justinem i policją. Chyba za często to powtarzam. Wypiłam do końca wodę i odstawiłam szklankę do zlewu w celu umycia jej. Słysząc nagle kroki podniosłam głowę i ujrzałam dosyć elegancko ubraną brunetkę. Ulżyło mi kiedy wiedziałam, że jednak się zgodziła. Teraz tylko trochę skłamać i zakończymy tą cholerną zabawę. Przynajmniej mam taką nadzieję...
Wiatr po raz setny rozwiał moje długie kosmyki włosów na wszystkie strony, a ja nieudolnie starałam się je zgarnąć na jedną stronę.
-Dziękuję bardzo- parsknęłam cicho śmiechem.- do zobaczenia- mruknęłam i nacisnęłam czerwoną słuchawkę, kończąc tym samym rozmowę z panią Scott. Telefon schowałam do tylnej kieszonki moich czarnych rurek.
-Jesteś wielka- powiedziałam po paru sekundach z ogromnym uśmiechem na ustach kiedy Madison pojawiła się u mojego boku.
-Czego nie robi się dla przyjaciółki- odparła poprawiając torebkę na ramieniu. Naprawdę jest ogromnie szczęśliwa, że wszystko poszło tak jak miało pójść. Justin jest uniewinniony, a to najważniejsze.
-Masz u mnie dług- zaśmiałam się spoglądając na Madison. Dziewczyna również się zaśmiała.
Nagle słysząc kilka mocnych przekleństw, obie w tej samej chwili obróciłyśmy się przodem do budynku. Dwóch policjantów dość brutalnie trzymało po obu stronach naprawdę wkurzonego Justina.
-Co jest?- rzuciła Madison nie odrywając od nich wzroku.
-Nie mam pojęcia- odpowiedziałam krzyżując ręce na piersiach. Mundurowi skierowali się wraz z nieustannie wyszarpującym się Justinem do wozu policyjnego. Obróciłam głowę w bok widząc zmierzającą w naszym kierunku taksówkę. Od razu kiwnęłam ręką, a żółty pojazd szybko znalazł się obok mnie i brunetki.
-Chodź- powiedziałam wyrywając z zamyśleń przyjaciółkę. Nie zareagowała.
-Madison- pogoniłam ją wiedząc, że taksówkarz zaraz może sobie pojechać. Sama nie rozumiejąc zachowania dziewczyny, spojrzałam tam gdzie ona i można powiedzieć, że mega się zdziwiłam.
Po drugiej stronie drogi stał oparty o lekko zniszczoną ścianę budynku nikt inny jak Luke. Cała złość można powiedzieć opętała mój umysł i w tamtym momencie miałam cholerną ochotę do niego podejść i wykrzyczeć mu wszystko co o nim myślę. Jak można być takim bezczelnym? Obróciłam specjalnie głowę do tyłu żeby upewnić się, że może patrzy na kogoś za nami... niestety, nikt inny jak my nie znajdował się w pobliżu, samochód z Justinem już dawno opuścił parking.
-Chodź- powtórzyłam i pociągnęłam Madison za ramię.
-Jestem naprawdę ci wdzięczna- powiedziała pani Scott z uśmiechem.
-Naprawdę- zaczęłam.- to nie do końca moja zasługa, ale dziękuję.- odwzajemniłam uśmiech i wstałam powoli z miejsca zabierając swoją ciemną marynarkę z oparcia.
-Oj tam- zaśmiała się kobieta.- może to dziwnie zabrzmi, ale na Justinie szczególnie mi zależy..- przerwała na chwilę i spojrzała się na mnie. W jej oczach mogłam dostrzec coś naprawdę wspaniałego? Nie wiem jak to określić.
-W głębi serca wiem, że to dobry chłopak i po prostu życie go takim uczyniło, a na to naprawdę nie mamy czasami wpływu- wypuściła powietrze ze świstem biorąc zielony kubek w dłoń.- naprawdę ci dziękuję za to, że zamiast dokładać Justinowi jak i mi problemów to najzwyczajniej w świecie nam pomogłaś- powiedziała z ogromną radością w głosie wrzucając saszetkę z herbatą do naczynia.
-Jestem tu by pomagać- odpowiedziała, a uśmiech sam wkradł mi się na usta. Kiedy już chciałam wyjść, zatrzymał mnie lekko zmartwiony głos pani Scott.
-A i Lucy- zaczęła obracając się w moim kierunku.- co ci się stało?- zapytała, a ja od razu zagotowała się całą od środka. Obawiałam się, że zada to pytanie i w sumie nawet wiedziałam, że to nastąpi prędzej czy później. Dzięki Bogu, Madison nic nie zdołała zauważyć, bo naprawdę nigdy nie dałaby mi spokoju.
-A to- dotknęłam lekko opuszkami swojego policzka.- uderzyłam się, nic takiego- powiedziałam nerwowo gniotąc w rękach marynarkę.
-Jesteś pewna?- przymknęłam delikatnie powieki chcąc jak najszybciej wyjść.
-Jak nigdy dotychczas- zaśmiałam się i nie czekając na odpowiedź rzuciłam szybkie "Do widzenia" i wyszłam. W sumie teraz czeka mnie najgorsze, spotkanie w cztery oczy z Nim.
Otworzyłam drzwi starając się to zrobić jak najciszej co kompletnie nie miało sensu, ale pomińmy to. Przeszłam parę kroków i stanęłam praktycznie na środku pokoju spoglądając na leżącego na łóżku szatyna. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem na ten naprawdę uroczy widok. Nie chcą budzić chłopaka który i tak pewnie jest wykończony, obróciłam się i ruszyłam z powrotem do wyjścia.
Między mną, a Justinem nastała długa i krepująca cisza. Miałam wrażenie, że jedyne co chciałby mieć teraz to święty spokój więc postanowiłam już iść, jednak kiedy wykonałam pierwszy krok, do moich uszy dobiegł jego charakterystyczny, zachrypnięty głos którego tak bardzo długo nie słyszałam, za którym tak naprawdę cholernie tęskniłam.
-Zostań.
Pokręciła głową chcąc wymazać z niej nagłe wspomnienie które jak szybko się pojawiło, tak szybko pójdzie. Spoliczkowałam się w myślach i znów:
Widząc całkowicie wkurwionego Justin, przymknęłam szybko powieki wiedząc co się zaraz wydarzy. Moja dłoń niemalże od razu powędrowała do piekącego policzka.
Stanęłam centralnie przed drzwiami, opierając o nie głowę. Mam chyba dość. Poczułam dłoń która powoli odgarnęła moje roztrzepane włosy na jedną stronę i usta. Taak, te niesamowite usta.
-Nie idź- słowa odbiły się echem w mojej głowie, a ciało odmówiło posłuszeństwa. Chciałam wyjść, chciałam przestać tak reagować na jego dotyk, na jego głos, jego całego. Przecież ja go nienawidzę...ale nie mogę go ignorować. I to w cale nie dlatego, że zostałam mu przydzielona. Nie wytrzymała bym bez niego dnia, a tamte ostatnie tygodnie nawet nie wiecie jakie była dla mnie okropne i męczące. To było straszne.W jednej chwili cały świat zniknął. Zostałam tylko ja i On, a dookoła pustka. Jego usta wyznaczały coraz to mokrzejsze i pewnie bardziej widocznie ślady na mojej rozpalonej skórze. Kocham to. Justin bez mniejszych oporów z mojej strony obrócił mnie do siebie przodem i nie czekając na nic wpił się w moje czerwone od szminki wargi. Cichy jęk opuścił moje gardło. Justinowi najwidoczniej to bardzo się spodobało ponieważ poczułam jak uśmiecha się przez pocałunek. Jego dłonie zjechały na moje pośladki, delikatnie je zaciskając. Kolejny jęk wydobył się z mojego gardła co spowodował cichy śmiech szatyna. Przysięgam, ze jego śmiech to melodia dla moich uszu. Oplotłam nogi wokół bioder chłopaka i jako pierwsza zaatakowała jego usta.
Justin
-Nawet nie wiesz jaką miałem na to ochotę- mruknąłem na chwilę odrywając swoje wargi od warg Lucy. Dziewczyna lekko zarumieniła się na moje słowa co dodało jej jeszcze więcej uroku. Kocham to.
-Jestem twoja- wypaliła wplatając palce w moje włosy i przybliżając mnie do siebie. Zaśmiałem się cicho na jej nagły ruch jak i słowa. Może to zabrzmieć dziwnie, ale Lucy jest inna od tych wszystkich dziewczyn jakie miałem okazję. Jest z jednej strony niedostępna, a z drugiej nie tak do końca. Jeśli będzie tak dalej mój plan powiedzie się bez większych komplikacji.
-Przepraszam- wyszeptałem do jej ucha całując jego płatek.- Wiesz o czym mówię, prawda?- poczułem jak dziewczyna lekko kiwa głową na "tak".
-Nie gadajmy teraz o tym- mruknęła odchylając lekko głowę w bok dając mi idealne pole do popisu. Coraz bardziej zaczyna mi się ona podobać. Nie zaprzeczając słowom brunetki, zacząłem składać mokre pocałunki na ciepłej skórze dziewczyny. Po chwili przerzuciłem się na linię szczęki po to aby lada moment zatopić się w jeszcze cieplejszych wargach Lucy. Nagle delikatnie się wyprostowałem i zdjąłem z siebie biały T-shirt, po czym ponownie powróciłem do wcześniejszych czynów. Brunetka podniosła się momentalnie tylko żeby zaraz znaleźć się nade mną. Również bez zastanowienia pozbyła się swojej koszulki zostając w niesamowicie kuszącej bieliźnie. Było naprawdę dobrze, wręcz idealnie, ale oczywiście kurwa kiedy już tak jest musi się coś zjebać. Słysząc otwierające się drzwi mogłem sobie tylko wyobrazić co zaraz się stanie.
-Panie Bieber teraz pańska...O mój Boże.
~~~~~~~~~~~~~~
No to się porobiło... Ale na szczęście Madison obroniła Justina i chociaż ta sprawa została po części zamknięta. Widzę, że dobiliśmy do 30 tyś. wyświetleń! W 8 dni niecały tysiąc?! Nie wierzę :o
Przepraszam za błędy jakie mogły się pojawić w rozdziale, ale już nie miała chęci sprawdzać, chodź piszą jakby od razu to robiłam. No cóż... mam nadzieję, że jakoś to zdzierżyliście jak i ten rozdział i czekanie.
To już 24 rozdział! :oo Jak to mega szybko zleciało... no, ale do końca jeszcze trochę dłuuga droga :)
WAŻNA INFORMACJA:
Otóż chodzi o najbardziej monotonną rzecz w świecie ff jaką jest komentowanie. Rozumiem, że nie wszystkim chce się wchodzić, pisać itp, ale dla mnie jest to naprawdę cholernie ważna sprawa. Im więcej osób zostawia po sobie ślad tym bardziej wiem, że ten blog i moje pisanie ma większy sens! Wyświetlenia to sprawa drugorzędna... Dużo osób które były kiedyś teraz już albo po prostu nie komentują lub nie czytają.
Ja wiem, że to nie jest jakieś genialne ff bo to jedno z dwóch moich PIERWSZYCH ale widzę, że to ma jakiś odzew i może sens. Sama nie wiem co mam o tym myśleć...
Zauważyłam również, że jest ich coraz mniej (komentarzy), kiedyś potrafiło być 20, 12, 15... a teraz np. 5 :/
To NAPRAWDĘ jest dla mnie ważne, bo chcę wiedzieć co sądzicie o rozdziale, nie musicie się rozpisywać, ja tego nawet od was nie oczekuję, chodź jestem bardzo zadowolona jak takie komentarze się zdarzają.
Więc powiem na koniec tylko tyle, że do następnego i:
15 komentarzy = szybciej dodany rozdział + mój uśmiech :D
No to się porobiło... Ale na szczęście Madison obroniła Justina i chociaż ta sprawa została po części zamknięta. Widzę, że dobiliśmy do 30 tyś. wyświetleń! W 8 dni niecały tysiąc?! Nie wierzę :o
Przepraszam za błędy jakie mogły się pojawić w rozdziale, ale już nie miała chęci sprawdzać, chodź piszą jakby od razu to robiłam. No cóż... mam nadzieję, że jakoś to zdzierżyliście jak i ten rozdział i czekanie.
To już 24 rozdział! :oo Jak to mega szybko zleciało... no, ale do końca jeszcze trochę dłuuga droga :)
WAŻNA INFORMACJA:
Otóż chodzi o najbardziej monotonną rzecz w świecie ff jaką jest komentowanie. Rozumiem, że nie wszystkim chce się wchodzić, pisać itp, ale dla mnie jest to naprawdę cholernie ważna sprawa. Im więcej osób zostawia po sobie ślad tym bardziej wiem, że ten blog i moje pisanie ma większy sens! Wyświetlenia to sprawa drugorzędna... Dużo osób które były kiedyś teraz już albo po prostu nie komentują lub nie czytają.
Ja wiem, że to nie jest jakieś genialne ff bo to jedno z dwóch moich PIERWSZYCH ale widzę, że to ma jakiś odzew i może sens. Sama nie wiem co mam o tym myśleć...
Zauważyłam również, że jest ich coraz mniej (komentarzy), kiedyś potrafiło być 20, 12, 15... a teraz np. 5 :/
To NAPRAWDĘ jest dla mnie ważne, bo chcę wiedzieć co sądzicie o rozdziale, nie musicie się rozpisywać, ja tego nawet od was nie oczekuję, chodź jestem bardzo zadowolona jak takie komentarze się zdarzają.
Więc powiem na koniec tylko tyle, że do następnego i:
15 komentarzy = szybciej dodany rozdział + mój uśmiech :D
czwartek, 5 listopada 2015
23. "Peace" cz. 2
-Przecież to nie ma najmniejszego sensu- mruknęła brunetka opadając plecami na biały koc. "A co ma sens..." dodałam w myślał.
-Musimy rozważyć wszystkie opcje- powiedziałam ze wzrokiem wbitym w pudrową ścianę. Sama już nie wiem co mam myśleć, ta sytuacja jest niby banalna do rozwiązania, no bo i tak każdy uważa, że stoi za tym Justin, ale ja wiem, że tak nie jest chodź naprawdę nie jestem do tego przekonana. Boże, to naprawdę nie ma sensu!
-Serio?- zakpiła Madison podnosząc się z łóżka. - jakieś sugestie? Pomysł? Cokolwiek Lucy?- warknęła jakby to była moja wina.
-Przestań- syknęłam. Wstałam z miejsca i podeszłam do swojej torby która leżała na krześle obok biurka.
-Co ty robisz?- dziewczyna zerwała się za mną ze zmieszanym spojrzeniem.
-Wychodzę- powiedziałam najnormalniej w świecie ignorując przyjaciółkę. Kiedy Madison miałam już coś powiedzieć, telefon leżący na meblu za wibrował, wydając przy tym dźwięk charakterystyczny dla sms. Szanuję prywatność moich znajomych, a tym bardziej przyjaciół więc nie wtrącam się w ich "inne" życie, ale tym razem coś podkusiło mnie do spojrzenia na ekran samsunga. Dziewczyna widząc, że próbuję przeczytać treść wiadomości, zerwała się z miejsca i wzięła komórkę do ręki zablokowując ekran. Zmrużyłam lekko powieki kompletnie nie rozumiejąc zachowania Madison. Widząc zakłopotaną minę brunetki postanowiłam już iść. Czuję, że ten okres- bynajmniej do rozwiązania sprawy będzie dla naszej przyjaźni prawdziwym wyzwaniem.
-Zrobisz to, co uważasz, za stosowne, ale zastanów się nad tym bo może ucierpieć niewinna osoba- powiedziałam jeszcze na koniec mając nadzieję, że chociaż te słowa weźmie sobie do serca i pójdzie jutro obronić Justina.
Przy wychodzeniu od Madison nie obeszło się bez zbędnych pytań jej mamy. Na szczęście udało mi się wcisnąć typową dla mnie i brunetki gadkę, że kłóciłyśmy się o jakiś głupi serial. Przynajmniej się udało. Zaczęło się powoli robić coraz zimniej i ciemniej. Chyba ta zimna nie przypadnie mi do gustu. Biorąc jeszcze pod uwagę to, że osoba która obserwowała mnie na imprezie może gdzieś się na mnie czaić i na przykład w tym momencie niespodziewanie podbiec i poderznąć mi gardło. Na samą myśl o tym przeszły mnie ciarki. Automatycznie obróciłam się do tyłu upewniając się, że droga za mną jest czysta. Nie rozumiejąc samej siebie dlaczego nie mogę najzwyczajniej w świecie zadzwonić po taksówkę tylko iść na pieszo taki kawał drogi skręciłam w prawo doszukując się typowego znaczku dla mojej ulubionej kawiarni. Kiedy neonowy punkt rzucił mi się w oczy przyspieszyłam kroku chcąc jak najszybciej znaleźć się w środku.
Otworzyłam ciemne drzwi i kiedy tylko znalazłam się w środku zaczęłam automatycznie szukać wolnego miejsca jak to zawsze z Madison robimy co było bezsensownie bo kawiarnia była praktycznie pusta. Odetchnęłam z ulgą czując ten niesamowity zapach kawy. W okresy letnie o wiele więcej osób można tu spotkać, jednak teraz kiedy jest tak zimno nikomu po prostu nie chce się tu przychodzić bo to miejsce nie znajduje się w centrum. Zajęłam stolik w samym roku sali, z daleka od innych.
-Lucy?- usłyszałam po chwili znajomy głos centralnie przy moim uchu. Przysięgam, że byłam o krok od zawału. Może to i nawet dobrze.
-Boże- szepnęłam kładąc dłoń na sercu.- nigdy więcej tego nie rób!- pisnęłam jednak po chwili zorientowałam się, że jestem w miejscu publicznym.
-Przepraszam- mruknął chłopak lekko poddenerwowany. Chciałam tu przyjść, wypić moją ulubioną kawę, pomyśleć, może i nawet z załamania pomodlić się o to żeby wszystko się ułożyło, ale jak widać nie jest mi to dane.
-Co ty tu robisz tak w ogóle?- zapytałam śmiejąc się i przesuwając w bok robiąc John'owi miejsce.
-Mam na sobie brudny fartuch i nieprzyjemnie pachnącą ścierkę w ręce. Hmm- powiedział chłopak udając zamyślonego na koniec. Parsknęłam śmiechem na jego słowa.
-No tak.- odpowiedziałam.- jak mogłam nie zauważyć.
-Karygodny błąd.- powiedział poważnym tonem wstając nagle z miejsca.- za karę będziesz mi musiała powiedzieć na co masz ochotę- dokończył dalej udając poważnego, ale zepsuł to gdy po chwili znacząco poruszył brwiami. To na razie jedyna osoba która na te 5 minut odciągnęła moje myśli od Justina.
-Tym razem na latte z cynamonem- zaśmiałam się zdejmując kurtkę.
-Tym razem?- zacytował również rozbawiony krzyżując ręce.
-Tym razem.
-Więc, w nagrodę za taką zajebistą kawę musisz mi teraz na coś odpowiedzieć. Właściwie na dwa pytania.- zaczął kiedy upiłam łyk przecudownie smacznej cynamonowej latte.
-Mam jakieś inne wyjście?- zapytałam z nadzieją, że oszczędzę sobie tego "przesłuchania".
-Płacisz za to- uśmiechnął się wskazując głową na wysoką szklankę. Zaśmiałam się po raz setny od momentu w którym rozmawiamy i poprawiłam się na miejscu, czekając na pytanie.
-Więc?- odchrząknęłam spoglądając na chłopaka. Błagam aby to pod żadnym pozorem nie było związane z Justinem, a nie daj Boże z tą cholerną okładką gazety na której jestem.
-Jak masz na nazwisko?- wypalił, a ja prawie zachłysnęłam się gorącym napojem.
-Wszystko okey?- zapytał z przejęciem dotykając dłonią mojego kolana. A przypadkiem dławiącej osoby nie klepie się po plecach?
-Tak- powiedziałam ignorując wcześniejszą sytuację.- spodziewałam się czegoś bardziej..no wiesz...
-Straszniejszego?- dokończył za mnie. Kiwnęłam lekko głową na "tak".
-Darling- odpowiedziałam po chwili ciszy. Nie ukrywam, że się trochę zawahałam. W końcu znam go tylko... właściwie w ogóle go nie znam!
-Spokojnie, tylko pytam- parsknął śmiechem patrząc na mnie. Nagle jego mina zmieniła się diametralnie. Zmrużyłam powieki nie rozumiejąc nagłej zmiany chłopaka.
-Co?- zapytałam rozglądając się na boki.- mam coś na twarzy?- zażartowałam jednak po chwili całkowicie osłupiałam.
-Co ty robisz?- wzdrygnęłam się lekko kiedy dłonie szatyna znalazły się na mojej talii. Ponownie wywróciłam oczami i całkowicie ignorując jego palący dotyk i niesamowite perfumy, zdołałam zachować resztki swojego zdrowego rozsądku i wyrwać się z jego uścisku.
-A jak myślisz?- syknęłam.- idę namówić moją przyjaciółkę do przestępstwa.- dokończyłam całkowicie nie zdawając sobie sprawy jakie słowa właśnie wyszły z moich ust. Widząc całkowicie wkurwionego Justin, przymknęłam szybko powieki wiedząc co się zaraz wydarzy. Moja dłoń niemalże od razu powędrowała do piekącego policzka. Znów to zrobił. Znów mnie uderzył.
John przybliżył się do mojej twarz przekręcając ją na bok, tak żeby mieć idealny widok na to paskustwo.
-Kto to zrobił?- warknął zdejmując dłoń z mojego policzka. To naprawdę szokujące, że znam go tak naprawdę łącznie kilka godzin, a zareagował na to w taki sposób jaki teoretycznie powinien.
-To-o- wydukałam zaciskając dłonie w piąstki, boleśnie wbijając swoje paznokcie w skórę.- uderzyłam się przez przypadek.- skłamałam. John prychnął pod nosem i kiedy chciał coś powiedzieć ktoś go wyprzedził:
-Myślę, że nie płacę ci za gadanie z dziewczynami- surowy głos dobiegł do moich uchu, a mi momentalnie zrobiło się gorąca na myśl, że John może mieć przeze mnie kłopoty.
Chłopak obrócił się w kierunku lady gdzie stał poddenerwowany zapewne właściciel.
-Za minutkę będę- odparł żartobliwie czarnowłosy i wstał z krzesła. Czułam się w tej chwili naprawdę niezręcznie.
-Drugie pytanie?- zapytałam chcąc "uciec" od sytuacji która miała miejsce przed chwilą.
-Twój numer telefonu- powiedział beznamiętnym głosem. Nie chcąc dłużej zatrzymywać Johna poprosiłam go szybko o telefon i zapisałam swój numer licząc, że z niewiadomego stresu nie pomyliłam cyfr.
Kiedy w końcu dotarłam do domu było grubo po 20 więc modliłam się tylko o brak rodziców w domu. Kiedy już miałam włożyć klucz do zamka, drzwi nagle otworzyły się, a moje serce zabiło tysiąc razy szybciej. Przeszłam przez próg domu wymijając moją rodzicielkę i zdjęłam buty wraz z kurtką.
-Chyba musimy sobie coś wyjaśnić- powiedziała o dziwo spokojnym tonem. Przełknęłam narastającą gule w gardle i udałam się do kuchni za mamą. Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem widząc po jej zachowaniu, że nie będzie prawić mi kazań tylko normalnie porozmawiamy. Chociaż tyle...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wow. Jestem mega zaskoczona, że dodaję rozdział tak szybko :o Muszę przyznać, że to chyba mój ulubiony post i naprawdę świetnie mi się go pisało. Ciekawe kto taki napisał do Madison, no i oczywiście czy pójdzie obronić Justina... oby tak!
Mam nadzieję, że wam rozdział również się spodobał :) Tak w ogóle postanowiłam, że będę starała się pisać posty dłuższe, bo nie chcę dodawać krótkich po długim okresie czekania, bo to trochę nie fair w stosunku do was :D
DZIĘKUJĘ ZA PRAWIE 29 TYŚ. WYŚWIETLEŃ! <3 JESTEM NAPRAWDĘ ZASKOCZONA!
Jeśli chcesz, zostaw komentarz, motywuje do dalszego pisania! :))
Kocham was i do następnego xx
-Musimy rozważyć wszystkie opcje- powiedziałam ze wzrokiem wbitym w pudrową ścianę. Sama już nie wiem co mam myśleć, ta sytuacja jest niby banalna do rozwiązania, no bo i tak każdy uważa, że stoi za tym Justin, ale ja wiem, że tak nie jest chodź naprawdę nie jestem do tego przekonana. Boże, to naprawdę nie ma sensu!
-Serio?- zakpiła Madison podnosząc się z łóżka. - jakieś sugestie? Pomysł? Cokolwiek Lucy?- warknęła jakby to była moja wina.
-Przestań- syknęłam. Wstałam z miejsca i podeszłam do swojej torby która leżała na krześle obok biurka.
-Co ty robisz?- dziewczyna zerwała się za mną ze zmieszanym spojrzeniem.
-Wychodzę- powiedziałam najnormalniej w świecie ignorując przyjaciółkę. Kiedy Madison miałam już coś powiedzieć, telefon leżący na meblu za wibrował, wydając przy tym dźwięk charakterystyczny dla sms. Szanuję prywatność moich znajomych, a tym bardziej przyjaciół więc nie wtrącam się w ich "inne" życie, ale tym razem coś podkusiło mnie do spojrzenia na ekran samsunga. Dziewczyna widząc, że próbuję przeczytać treść wiadomości, zerwała się z miejsca i wzięła komórkę do ręki zablokowując ekran. Zmrużyłam lekko powieki kompletnie nie rozumiejąc zachowania Madison. Widząc zakłopotaną minę brunetki postanowiłam już iść. Czuję, że ten okres- bynajmniej do rozwiązania sprawy będzie dla naszej przyjaźni prawdziwym wyzwaniem.
-Zrobisz to, co uważasz, za stosowne, ale zastanów się nad tym bo może ucierpieć niewinna osoba- powiedziałam jeszcze na koniec mając nadzieję, że chociaż te słowa weźmie sobie do serca i pójdzie jutro obronić Justina.
Przy wychodzeniu od Madison nie obeszło się bez zbędnych pytań jej mamy. Na szczęście udało mi się wcisnąć typową dla mnie i brunetki gadkę, że kłóciłyśmy się o jakiś głupi serial. Przynajmniej się udało. Zaczęło się powoli robić coraz zimniej i ciemniej. Chyba ta zimna nie przypadnie mi do gustu. Biorąc jeszcze pod uwagę to, że osoba która obserwowała mnie na imprezie może gdzieś się na mnie czaić i na przykład w tym momencie niespodziewanie podbiec i poderznąć mi gardło. Na samą myśl o tym przeszły mnie ciarki. Automatycznie obróciłam się do tyłu upewniając się, że droga za mną jest czysta. Nie rozumiejąc samej siebie dlaczego nie mogę najzwyczajniej w świecie zadzwonić po taksówkę tylko iść na pieszo taki kawał drogi skręciłam w prawo doszukując się typowego znaczku dla mojej ulubionej kawiarni. Kiedy neonowy punkt rzucił mi się w oczy przyspieszyłam kroku chcąc jak najszybciej znaleźć się w środku.
Otworzyłam ciemne drzwi i kiedy tylko znalazłam się w środku zaczęłam automatycznie szukać wolnego miejsca jak to zawsze z Madison robimy co było bezsensownie bo kawiarnia była praktycznie pusta. Odetchnęłam z ulgą czując ten niesamowity zapach kawy. W okresy letnie o wiele więcej osób można tu spotkać, jednak teraz kiedy jest tak zimno nikomu po prostu nie chce się tu przychodzić bo to miejsce nie znajduje się w centrum. Zajęłam stolik w samym roku sali, z daleka od innych.
-Lucy?- usłyszałam po chwili znajomy głos centralnie przy moim uchu. Przysięgam, że byłam o krok od zawału. Może to i nawet dobrze.
-Boże- szepnęłam kładąc dłoń na sercu.- nigdy więcej tego nie rób!- pisnęłam jednak po chwili zorientowałam się, że jestem w miejscu publicznym.
-Przepraszam- mruknął chłopak lekko poddenerwowany. Chciałam tu przyjść, wypić moją ulubioną kawę, pomyśleć, może i nawet z załamania pomodlić się o to żeby wszystko się ułożyło, ale jak widać nie jest mi to dane.
-Co ty tu robisz tak w ogóle?- zapytałam śmiejąc się i przesuwając w bok robiąc John'owi miejsce.
-Mam na sobie brudny fartuch i nieprzyjemnie pachnącą ścierkę w ręce. Hmm- powiedział chłopak udając zamyślonego na koniec. Parsknęłam śmiechem na jego słowa.
-No tak.- odpowiedziałam.- jak mogłam nie zauważyć.
-Karygodny błąd.- powiedział poważnym tonem wstając nagle z miejsca.- za karę będziesz mi musiała powiedzieć na co masz ochotę- dokończył dalej udając poważnego, ale zepsuł to gdy po chwili znacząco poruszył brwiami. To na razie jedyna osoba która na te 5 minut odciągnęła moje myśli od Justina.
-Tym razem na latte z cynamonem- zaśmiałam się zdejmując kurtkę.
-Tym razem?- zacytował również rozbawiony krzyżując ręce.
-Tym razem.
-Więc, w nagrodę za taką zajebistą kawę musisz mi teraz na coś odpowiedzieć. Właściwie na dwa pytania.- zaczął kiedy upiłam łyk przecudownie smacznej cynamonowej latte.
-Mam jakieś inne wyjście?- zapytałam z nadzieją, że oszczędzę sobie tego "przesłuchania".
-Płacisz za to- uśmiechnął się wskazując głową na wysoką szklankę. Zaśmiałam się po raz setny od momentu w którym rozmawiamy i poprawiłam się na miejscu, czekając na pytanie.
-Więc?- odchrząknęłam spoglądając na chłopaka. Błagam aby to pod żadnym pozorem nie było związane z Justinem, a nie daj Boże z tą cholerną okładką gazety na której jestem.
-Jak masz na nazwisko?- wypalił, a ja prawie zachłysnęłam się gorącym napojem.
-Wszystko okey?- zapytał z przejęciem dotykając dłonią mojego kolana. A przypadkiem dławiącej osoby nie klepie się po plecach?
-Tak- powiedziałam ignorując wcześniejszą sytuację.- spodziewałam się czegoś bardziej..no wiesz...
-Straszniejszego?- dokończył za mnie. Kiwnęłam lekko głową na "tak".
-Darling- odpowiedziałam po chwili ciszy. Nie ukrywam, że się trochę zawahałam. W końcu znam go tylko... właściwie w ogóle go nie znam!
-Spokojnie, tylko pytam- parsknął śmiechem patrząc na mnie. Nagle jego mina zmieniła się diametralnie. Zmrużyłam powieki nie rozumiejąc nagłej zmiany chłopaka.
-Co?- zapytałam rozglądając się na boki.- mam coś na twarzy?- zażartowałam jednak po chwili całkowicie osłupiałam.
-Co ty robisz?- wzdrygnęłam się lekko kiedy dłonie szatyna znalazły się na mojej talii. Ponownie wywróciłam oczami i całkowicie ignorując jego palący dotyk i niesamowite perfumy, zdołałam zachować resztki swojego zdrowego rozsądku i wyrwać się z jego uścisku.
-A jak myślisz?- syknęłam.- idę namówić moją przyjaciółkę do przestępstwa.- dokończyłam całkowicie nie zdawając sobie sprawy jakie słowa właśnie wyszły z moich ust. Widząc całkowicie wkurwionego Justin, przymknęłam szybko powieki wiedząc co się zaraz wydarzy. Moja dłoń niemalże od razu powędrowała do piekącego policzka. Znów to zrobił. Znów mnie uderzył.
John przybliżył się do mojej twarz przekręcając ją na bok, tak żeby mieć idealny widok na to paskustwo.
-Kto to zrobił?- warknął zdejmując dłoń z mojego policzka. To naprawdę szokujące, że znam go tak naprawdę łącznie kilka godzin, a zareagował na to w taki sposób jaki teoretycznie powinien.
-To-o- wydukałam zaciskając dłonie w piąstki, boleśnie wbijając swoje paznokcie w skórę.- uderzyłam się przez przypadek.- skłamałam. John prychnął pod nosem i kiedy chciał coś powiedzieć ktoś go wyprzedził:
-Myślę, że nie płacę ci za gadanie z dziewczynami- surowy głos dobiegł do moich uchu, a mi momentalnie zrobiło się gorąca na myśl, że John może mieć przeze mnie kłopoty.
Chłopak obrócił się w kierunku lady gdzie stał poddenerwowany zapewne właściciel.
-Za minutkę będę- odparł żartobliwie czarnowłosy i wstał z krzesła. Czułam się w tej chwili naprawdę niezręcznie.
-Drugie pytanie?- zapytałam chcąc "uciec" od sytuacji która miała miejsce przed chwilą.
-Twój numer telefonu- powiedział beznamiętnym głosem. Nie chcąc dłużej zatrzymywać Johna poprosiłam go szybko o telefon i zapisałam swój numer licząc, że z niewiadomego stresu nie pomyliłam cyfr.
Kiedy w końcu dotarłam do domu było grubo po 20 więc modliłam się tylko o brak rodziców w domu. Kiedy już miałam włożyć klucz do zamka, drzwi nagle otworzyły się, a moje serce zabiło tysiąc razy szybciej. Przeszłam przez próg domu wymijając moją rodzicielkę i zdjęłam buty wraz z kurtką.
-Chyba musimy sobie coś wyjaśnić- powiedziała o dziwo spokojnym tonem. Przełknęłam narastającą gule w gardle i udałam się do kuchni za mamą. Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem widząc po jej zachowaniu, że nie będzie prawić mi kazań tylko normalnie porozmawiamy. Chociaż tyle...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wow. Jestem mega zaskoczona, że dodaję rozdział tak szybko :o Muszę przyznać, że to chyba mój ulubiony post i naprawdę świetnie mi się go pisało. Ciekawe kto taki napisał do Madison, no i oczywiście czy pójdzie obronić Justina... oby tak!
Mam nadzieję, że wam rozdział również się spodobał :) Tak w ogóle postanowiłam, że będę starała się pisać posty dłuższe, bo nie chcę dodawać krótkich po długim okresie czekania, bo to trochę nie fair w stosunku do was :D
DZIĘKUJĘ ZA PRAWIE 29 TYŚ. WYŚWIETLEŃ! <3 JESTEM NAPRAWDĘ ZASKOCZONA!
Jeśli chcesz, zostaw komentarz, motywuje do dalszego pisania! :))
Kocham was i do następnego xx
niedziela, 1 listopada 2015
23. "Peace" cz. 1
-Co jeśli się nie zgodzi?- zadałam po raz setny to samo pytanie licząc na to, że Justin wpadnie nagle na jakiś genialny pomysł i pomoże mi przekonać Madison do tego, żeby potwierdziła moją wersję wydarzeń.
-Lucy- westchnął szatyn sunąc powoli dłonią po moim odkrytym ramieniu.- uwierz mi, że przez calutkie cztery godziny myślę nad tym wszystkim i nic- mruknął przekręcając lekko głowę w moim kierunku co spowodowało, że nasze usta praktycznie się ze sobą stykały. Ogarnij się Lucy, nie teraz. Przełknęłam ślinę odwracając głowę i starając się ignorować jego palące spojrzenie.
-Tak na prawdę nie ma wyboru- powiedział nagle chłopak bardziej przysuwając mnie do siebie. Zmrużyłam oczy podnosząc się nagle do pozycji siedzącej.
-Nie ma wyboru?- zacytowałam jego słowa nawiązując tym samym kontakt wzrokowy z chłopakiem. On również podniósł się z łóżka, stając przy nim.
-To skomplikowane- powiedział wbijając wzrok w szarą pościel. Mój wzrok błądził po jego twarzy chcąc wychwycić jak najwięcej emocji, na marne...
-Wytłumacz mi- zażądałam czując jak moje serce przyspiesza z każdym biciem. Przełknęłam narastającą gulę w gardle próbując jakoś opanować uczucie jakie powoli rozsadzało mnie od środka.
-Nie zrozumiesz- zaśmiał się cicho.- po prostu zrób wszystko, żeby twoja przyjaciółka trzymała się naszej wersji, a nic nikomu się nie stanie- każde słowo szatna dotarło do mnie z taką siłą jak nigdy dotąd.
-A co się ma niby stać?!- pisnęłam wstając momentalnie z łóżka. Nie wiem jak Justin chciał żebym to odebrała, ale dla mnie to groźba? Nie umiem tego dokładnie określić, ale na pewno nie brzmiało to przyjemnie.
-Uspokój się- warknął Justin posyłając mi groźne spojrzenie.
-Grozisz mojej przyjaciółce?! Jak mam się uspokoić?- chłopak w jednej chwili znalazł się przede mną, zdecydowanie za blisko.
-Nie rozumiesz w jakiej sytuacji obecnie jestem i jak to wszystko kurwa funkcjonuje. To raczej niebezpieczne- warknął z mordem w oczach.- a raczej na pewno- dodał po chwili. Szatyn wziął głęboki oddech i odsunął się w tył kilka kroków co spowodowało powrót mojego serca do normalnego tempa.
-Może spróbujesz mi wytłumaczyć?- powiedziałam praktycznie szeptem boją cię kolejnego wybuchu Justina. W odpowiedzi otrzymałam tylko jego śmiech.
-Mówię poważnie- wywróciłam oczami krzyżując ręce na piersiach.
-Uważasz, że nie jestem poważny?- zapytał unosząc brwi do góry jeszcze bardziej rozbawiony. Czy naprawdę on musi mieć takie zmiany nastrojów co sekundę? Podarowałam sobie odpowiedzi i wymijając szatyna skierowałam się do swojej torby leżącej na krześle.
-Co ty robisz?- wzdrygnęłam się lekko kiedy dłonie szatyna znalazły się na mojej talii. Ponownie wywróciłam oczami i całkowicie ignorując jego palący dotyk i niesamowite perfumy, zdołałam zachować resztki swojego zdrowego rozsądku i wyrwać się z jego uścisku.
-A jak myślisz?- syknęłam.- idę namówić moją przyjaciółkę do przestępstwa.- dokończyłam całkowicie nie zdawając sobie sprawy jakie słowa właśnie wyszły z moich ust. Widząc całkowicie wkurwionego Justin, przymknęłam szybko powieki wiedząc co się zaraz wydarzy. Moja dłoń niemalże od razu powędrowała do piekącego policzka. Znów to zrobił. Znów mnie uderzył.
-Lu-ucy- wyjąkał chłopak po kilku chwili. Pociągnęłam nosem i nawet na niego nie patrząc opuściłam te cholerne pomieszczenie jak najszybciej mogłam. W tym momencie poczułam całkowitą pustkę. Kompletne zero. Zero złości. Zero bólu. Zero wyrzutów. Zero jakichkolwiek uczuć. Tylko pustka.
Resztkami sił zapukałam do drzwi Madison chcąc jak najszybciej mieć tą rozmowę za sobą. Po minucie ciemno-drewniane drzwi otworzyły się, a w nich stanęła drobna kobieta.
-Dobry wieczór, jest Madison?- zapytałam starając się brzmieć jak zawsze.
-Jasne, że jest.- pani Brown posłał mi przyjazny uśmiech dając znak żebym weszła. Przekroczyłam próg domu i od razu mój wzrok napotkał brunetkę schodzącą ze schodów.
-Lucy!- pisnęła dziewczyna na mój widok i rzuciła się na mnie w mgnieniu oka. Nawet nie zdążyłam się z nią przywitać ponieważ zostałam zasypana mnóstwem pytań.
-Madi, spokojnie- uspokoiłam przyjaciółkę i zdjęłam z siebie kurtkę jak i buty.- Możemy iść?- zapytałam patrząc w kierunku schodów.
Usiadłam na jak zawsze idealnie pościelonym łóżku brunetki i spojrzałam na nią niepewnie.
-Okej, znam to spojrzenie- zaśmiała się dziewczyna orientując się, że na nią patrzę.- wpadłaś?- zażartowała siadając obok mnie. Spiorunowała ją wzrokiem.
-Nie, gorzej- parsknęłam śmiechem starając się jakoś psychicznie przygotować się na to co zaraz jej powiem.
-Więc słucham Darling, co jest gorsze od niechcianej ciąży?- zapytała ze śmiechem.
-Justin Bieber- wypaliłam. W sekundę brunetka zamilkła, a w pokoju nastała głucha cisza. Chcąc mieć to już za sobą, kontynuowałam.
-Jestem w gazecie- przełknęłam narastającą gule w gardle.- nie wiem czy ją czytałaś, cokolwiek. Moi rodzice wiedzą, że mam kontakt z mordercą, bo o to jest właśnie osądzony Justin. Wpadli w szał, że tak to ujmę.
-Czekaj, nie rozumiem- przerwała mi Madison podnosząc na mnie wzrok.- myślą, że masz coś z tym wspólnego?
-Nie do końca. Myślą, że to Justin zamordował tego ochroniarza, ale to nie tak...- znów brunetka mi przerwała tym razem zrywając się z łóżka.
-Wierzysz mu!?- krzyknęła. Wywróciłam oczami ignorując wybuch przyjaciółki.
-Madison- syknęłam.- on jest niewinny- powiedziałam starając się brzmieć przekonująco sama nie wiem dlaczego. Przecież mu wierzę? To dlaczego teraz nachodzą mnie wątpliwości?
-Jasne, myślisz, że on nigdy nikogo nie zabił?- warknęła krzyżując ręce na piersiach.
-Skąd ty to do cholery możesz wiedzieć?!- również wstałam z łóżka i stanęłam przed brunetką.- Słuchaj Madison, nawet nie wiesz jaka to jest poważna sprawa..
-Nie jestem idiotką, Lucy. Moja przyjaciółka zadaje się z mordercą!- zacisnęłam dłonie w pięść jakby to miało mnie niby trochę uspokoić. Czy naprawdę każdy do cholery już oszalał?
-On nie jest żadnym mordercą do cholery! Naprawdę, myślisz, że byłby taki głupi i zamordował kogoś w siebie w pokoju!? Pomyśl!- teraz nerwy przejęła nade mną kontrolę. Madison się nie odezwała więc postanowiłam kontynuować.
-Musisz potwierdzić zeznania- powiedziałam spokojniejszym głosem cały czas patrząc na przyjaciółkę.
-Proszę cię Lucy, nie mieszaj mnie do tego- mruknęła odgarniając włosy z twarzy.
-Justin pójdzie siedzieć jak tego nie zrobisz, błagam cię, on jest niewinny do cholery!- jęknęłam zdesperowana.
-To kto to zrobił twoim zdaniem?- zapytała po chwili nawiązując ze mną kontakt wzrokowy. Usiadłam z powrotem na łóżko zatapiając twarz w dłoniach.
-Nie wiem- szepnęłam próbując odetchnąć chodź na sekundę, bo tego teraz tylko potrzebowałam. Spokoju. Spokoju który byłby teraz najlepszym rozwiązaniem na poukładanie sobie tego całego gówna.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie wierzę, że dodaje takie coś. Jestem tak cholernie na siebie zła, że nawet nie mogę sama sobie tego wyobrazić. Chcę was naprawdę przeprosić jeśli ktokolwiek tu jeszcze jest za tą moją nieobecność. Jestem idiotką i wracam po takim czasie z takim szajsem jak to co musieliście przeczytać... Postanowiłam podzielić to na dwie bądź trzy części które mam nadzieję, że szybko zawitają na blogu.
Sama w ogólnie nie wie co ja teraz wypisuję, ale chcę was po prostu przeprosić :/
Jest tu ktoś?
-Lucy- westchnął szatyn sunąc powoli dłonią po moim odkrytym ramieniu.- uwierz mi, że przez calutkie cztery godziny myślę nad tym wszystkim i nic- mruknął przekręcając lekko głowę w moim kierunku co spowodowało, że nasze usta praktycznie się ze sobą stykały. Ogarnij się Lucy, nie teraz. Przełknęłam ślinę odwracając głowę i starając się ignorować jego palące spojrzenie.
-Tak na prawdę nie ma wyboru- powiedział nagle chłopak bardziej przysuwając mnie do siebie. Zmrużyłam oczy podnosząc się nagle do pozycji siedzącej.
-Nie ma wyboru?- zacytowałam jego słowa nawiązując tym samym kontakt wzrokowy z chłopakiem. On również podniósł się z łóżka, stając przy nim.
-To skomplikowane- powiedział wbijając wzrok w szarą pościel. Mój wzrok błądził po jego twarzy chcąc wychwycić jak najwięcej emocji, na marne...
-Wytłumacz mi- zażądałam czując jak moje serce przyspiesza z każdym biciem. Przełknęłam narastającą gulę w gardle próbując jakoś opanować uczucie jakie powoli rozsadzało mnie od środka.
-Nie zrozumiesz- zaśmiał się cicho.- po prostu zrób wszystko, żeby twoja przyjaciółka trzymała się naszej wersji, a nic nikomu się nie stanie- każde słowo szatna dotarło do mnie z taką siłą jak nigdy dotąd.
-A co się ma niby stać?!- pisnęłam wstając momentalnie z łóżka. Nie wiem jak Justin chciał żebym to odebrała, ale dla mnie to groźba? Nie umiem tego dokładnie określić, ale na pewno nie brzmiało to przyjemnie.
-Uspokój się- warknął Justin posyłając mi groźne spojrzenie.
-Grozisz mojej przyjaciółce?! Jak mam się uspokoić?- chłopak w jednej chwili znalazł się przede mną, zdecydowanie za blisko.
-Nie rozumiesz w jakiej sytuacji obecnie jestem i jak to wszystko kurwa funkcjonuje. To raczej niebezpieczne- warknął z mordem w oczach.- a raczej na pewno- dodał po chwili. Szatyn wziął głęboki oddech i odsunął się w tył kilka kroków co spowodowało powrót mojego serca do normalnego tempa.
-Może spróbujesz mi wytłumaczyć?- powiedziałam praktycznie szeptem boją cię kolejnego wybuchu Justina. W odpowiedzi otrzymałam tylko jego śmiech.
-Mówię poważnie- wywróciłam oczami krzyżując ręce na piersiach.
-Uważasz, że nie jestem poważny?- zapytał unosząc brwi do góry jeszcze bardziej rozbawiony. Czy naprawdę on musi mieć takie zmiany nastrojów co sekundę? Podarowałam sobie odpowiedzi i wymijając szatyna skierowałam się do swojej torby leżącej na krześle.
-Co ty robisz?- wzdrygnęłam się lekko kiedy dłonie szatyna znalazły się na mojej talii. Ponownie wywróciłam oczami i całkowicie ignorując jego palący dotyk i niesamowite perfumy, zdołałam zachować resztki swojego zdrowego rozsądku i wyrwać się z jego uścisku.
-A jak myślisz?- syknęłam.- idę namówić moją przyjaciółkę do przestępstwa.- dokończyłam całkowicie nie zdawając sobie sprawy jakie słowa właśnie wyszły z moich ust. Widząc całkowicie wkurwionego Justin, przymknęłam szybko powieki wiedząc co się zaraz wydarzy. Moja dłoń niemalże od razu powędrowała do piekącego policzka. Znów to zrobił. Znów mnie uderzył.
-Lu-ucy- wyjąkał chłopak po kilku chwili. Pociągnęłam nosem i nawet na niego nie patrząc opuściłam te cholerne pomieszczenie jak najszybciej mogłam. W tym momencie poczułam całkowitą pustkę. Kompletne zero. Zero złości. Zero bólu. Zero wyrzutów. Zero jakichkolwiek uczuć. Tylko pustka.
Resztkami sił zapukałam do drzwi Madison chcąc jak najszybciej mieć tą rozmowę za sobą. Po minucie ciemno-drewniane drzwi otworzyły się, a w nich stanęła drobna kobieta.
-Dobry wieczór, jest Madison?- zapytałam starając się brzmieć jak zawsze.
-Jasne, że jest.- pani Brown posłał mi przyjazny uśmiech dając znak żebym weszła. Przekroczyłam próg domu i od razu mój wzrok napotkał brunetkę schodzącą ze schodów.
-Lucy!- pisnęła dziewczyna na mój widok i rzuciła się na mnie w mgnieniu oka. Nawet nie zdążyłam się z nią przywitać ponieważ zostałam zasypana mnóstwem pytań.
-Madi, spokojnie- uspokoiłam przyjaciółkę i zdjęłam z siebie kurtkę jak i buty.- Możemy iść?- zapytałam patrząc w kierunku schodów.
Usiadłam na jak zawsze idealnie pościelonym łóżku brunetki i spojrzałam na nią niepewnie.
-Okej, znam to spojrzenie- zaśmiała się dziewczyna orientując się, że na nią patrzę.- wpadłaś?- zażartowała siadając obok mnie. Spiorunowała ją wzrokiem.
-Nie, gorzej- parsknęłam śmiechem starając się jakoś psychicznie przygotować się na to co zaraz jej powiem.
-Więc słucham Darling, co jest gorsze od niechcianej ciąży?- zapytała ze śmiechem.
-Justin Bieber- wypaliłam. W sekundę brunetka zamilkła, a w pokoju nastała głucha cisza. Chcąc mieć to już za sobą, kontynuowałam.
-Jestem w gazecie- przełknęłam narastającą gule w gardle.- nie wiem czy ją czytałaś, cokolwiek. Moi rodzice wiedzą, że mam kontakt z mordercą, bo o to jest właśnie osądzony Justin. Wpadli w szał, że tak to ujmę.
-Czekaj, nie rozumiem- przerwała mi Madison podnosząc na mnie wzrok.- myślą, że masz coś z tym wspólnego?
-Nie do końca. Myślą, że to Justin zamordował tego ochroniarza, ale to nie tak...- znów brunetka mi przerwała tym razem zrywając się z łóżka.
-Wierzysz mu!?- krzyknęła. Wywróciłam oczami ignorując wybuch przyjaciółki.
-Madison- syknęłam.- on jest niewinny- powiedziałam starając się brzmieć przekonująco sama nie wiem dlaczego. Przecież mu wierzę? To dlaczego teraz nachodzą mnie wątpliwości?
-Jasne, myślisz, że on nigdy nikogo nie zabił?- warknęła krzyżując ręce na piersiach.
-Skąd ty to do cholery możesz wiedzieć?!- również wstałam z łóżka i stanęłam przed brunetką.- Słuchaj Madison, nawet nie wiesz jaka to jest poważna sprawa..
-Nie jestem idiotką, Lucy. Moja przyjaciółka zadaje się z mordercą!- zacisnęłam dłonie w pięść jakby to miało mnie niby trochę uspokoić. Czy naprawdę każdy do cholery już oszalał?
-On nie jest żadnym mordercą do cholery! Naprawdę, myślisz, że byłby taki głupi i zamordował kogoś w siebie w pokoju!? Pomyśl!- teraz nerwy przejęła nade mną kontrolę. Madison się nie odezwała więc postanowiłam kontynuować.
-Musisz potwierdzić zeznania- powiedziałam spokojniejszym głosem cały czas patrząc na przyjaciółkę.
-Proszę cię Lucy, nie mieszaj mnie do tego- mruknęła odgarniając włosy z twarzy.
-Justin pójdzie siedzieć jak tego nie zrobisz, błagam cię, on jest niewinny do cholery!- jęknęłam zdesperowana.
-To kto to zrobił twoim zdaniem?- zapytała po chwili nawiązując ze mną kontakt wzrokowy. Usiadłam z powrotem na łóżko zatapiając twarz w dłoniach.
-Nie wiem- szepnęłam próbując odetchnąć chodź na sekundę, bo tego teraz tylko potrzebowałam. Spokoju. Spokoju który byłby teraz najlepszym rozwiązaniem na poukładanie sobie tego całego gówna.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie wierzę, że dodaje takie coś. Jestem tak cholernie na siebie zła, że nawet nie mogę sama sobie tego wyobrazić. Chcę was naprawdę przeprosić jeśli ktokolwiek tu jeszcze jest za tą moją nieobecność. Jestem idiotką i wracam po takim czasie z takim szajsem jak to co musieliście przeczytać... Postanowiłam podzielić to na dwie bądź trzy części które mam nadzieję, że szybko zawitają na blogu.
Sama w ogólnie nie wie co ja teraz wypisuję, ale chcę was po prostu przeprosić :/
Jest tu ktoś?
sobota, 3 października 2015
22. "Stay"
Rozdział niesprawdzony.
Mam nadzieję, że nie ma błędów.. Miłego czytania xx
~~~~~~~~~~~~
-I co?!- krzyknęłam starając się przebić głośną muzykę. John tylko wzruszył ramionami i zajął miejsce tuż obok mnie. Wcześniej nie miałam problemu z tym jak John mnie dotykał czy nawet całował. Teraz stwierdzę, że siedzi za blisko..zdecydowanie.
-Jakby się rozpłynął- stwierdził, a jego dłoń znalazła się w jednej chwili na moim kolanie i zaczęła sunąć w górę. Wzdrygnęłam się na samą myśl co ja właściwie ze sobą robię i szybko przesunęłam się w bok posyłając niezręczny uśmiech w stronę chłopaka.
-Przepraszam- mruknął trochę zakłopotany. Cieszyło mnie, że odkąd się poznaliśmy za każdy niepodobający mi się ruch po prostu przepraszał. Jednak są na tym świecie jeszcze jacyś normalni faceci.
-Nie mam pojęcia kto to, boję się..- myślałam na początku, że to zwykły przypadek, że po prostu się na mnie patrzy jak każda inna osoba na tej imprezie, myliłam się. Mój wzrok podobnie jak poprzednio zaczął błądzić po wszystkich znajdujących się w salonie, na całe szczęście nie zobaczyłam go ponownie.
-Lucy, naprawdę zajebiście bawię się w twoim towarzystwie, ale myślę, że najlepiej będzie jak wrócisz do domu- powiedział John. Na sam głos tych słów poczułam się lepiej. Nie ma nic bardziej bezpiecznego niż własny dom, prawda?
-Masz racje- posłałam lekki uśmiech w kierunku czarnowłosego i wstałam powoli z kanapy.
-Dziękuję, za to, że chociaż ty o mnie się troszczysz- zażartowałam. Chłopak wybuchnął śmiechem po czym przybliżył się do mnie i pocałował w policzek.
-Spotkamy się jeszcze?- zapytał z nadzieją przeszywając mnie wzrokiem. To dziwne, ale w jego towarzystwie czułam się mega swobodnie, co innego mogę powiedzieć o Justinie..
-Z pewnością- pożegnałam się z Johnem i odeszłam w celu znalezienia wkurwionego Danniego i pewnie zalanej w trzy dupy Madison.
Z każdym kolejnym krokiem docierało do mnie to co właśnie miało się zaraz wydarzyć. Po tak długim czasie w końcu odważyłam się pojawić w ośrodku. Oczywiście pani Scott zna moją wersję w której na pewno nie ma nic o tym, że rodzice zabronili mi widywać Justina czy o tym zdjęciu w nowojorskiej gazecie. Pieprzonej gazecie. Dziś był również dzień w którym muszę powiedzieć Madison prawdę i to, że musi iść złożyć zeznania ponieważ ta sprawa z morderstwem toczy się zdecydowanie za długo, a ja mam tego serdecznie dosyć. Zatrzymałam się pod ośrodkiem i niepewnie uniosłam wzrok. Mój żołądek co jakiś czas skręcał się nieprzyjemnie, a rozum cały czas zadawał jedno pytanie "Czy nie powinna odpuścić?". Może któregoś dnia uda mi się na to pytanie odpowiedzieć, na pewno nie teraz, nie w chwili kiedy pod budynkiem zatrzymał się radiowóz. Stałam jak wyryta nie wierząc w to co widzę. Dwóch policjantów których miałam okazję spotkać wcześniej podeszło do tylnych drzwi i otworzyli je.
-Jezu..- szepnęłam zakrywając dłonią usta. To co teraz działo się w mojej głowie było nie do opisania. Nie wiedząc dlaczego to robię, szybko ruszyłam w stronę pobitego Justina.
-Pani Darling..- zaczął jeden z mundurowych nie ukrywając się z nieprzyjemnym spojrzeniem. Odpuściłam wywracania oczami.
-Prosiłbym żeby pani weszła już do środka- dokończył chyba zirytowany moją osobą i ruszył z miejsca z chłopakiem u boku. Była całkowicie oszołomiona tym co przed chwilą zobaczyłam, że nie mogłam wykonać żadnego ruchu. Teraz wiem, że nie powinnam odpuścić i pojawić się w tym ośrodku prędzej, a nie po tygodniach. Jestem egoistką, myślącą tylko o sobie. Sama chciałam mieć tą pracę, sama tu przyszłam i ja jestem odpowiedzialna w pewnym stopniu za Justina. Idiotka.
-Lucy, dobrze, że jesteś- Pani Scott niemalże rzuciła się na mnie kiedy tylko znalazłam się w holu. Posłałam kobiecie wymuszony uśmiech.
-Możesz iść do pokoju Justina, on na razie jest u pielęgniarki. Chyba widziałaś sama co narobił- mruknęła zakłopotanie tupiąc nogą o białe płytki. Poczucie winy rosło z każdą sekundą.
-Myśli pani, że to przeze mnie...- kobieta szybko mi przerwała dotykając lekko mojego ramienia.
-Prawdopodobnie Justin wymknął się i pobił- powiedziała szybko nawiązując ze mną kontakt wzrokowy.
-Przepraszam- te słowa opuściły moje usta zanim zdążyłam się na tym zastanowić. Chyba dobrze w sumie, bo najwidoczniej rozbawiłam nimi panią Scott. Zawsze coś.
-Nie przepraszaj Lucy- powiedziała śmiejąc się.- porozmawiaj z Justinem, bardzo cię proszę i mam również nadzieję, że nie zrezygnujesz z pracy tutaj..- dodała poważniejszym tonem. Spuściłam wzrok na białe kafelki.
-Nie zrezygnuję- mruknęłam mając nadzieję, że te słowa dodadzą jakoś otuchy pani Scott, bo Justin nie jest tu jedynym pacjentem,a ona nie ma tylko jego na głowie. Chodź na prawdę się cieszę, że w niego wierzy, że stara się wyleczyć Justina i, że wierzy również we mnie, bo chyba powoli mnie to przerasta...
-Nie rozumiem...gdzie zrobiliśmy błąd?...- słysząc te słowa dobiegające z pokoju Justina czułam jak moje serce podchodzi mi do gardła. Za wiele jak na dzisiaj.. Zatrzymałam się przy drzwiach nie mogąc zrobić nic innego.
-Rozpieszczony gówniarz- ostry głos odbił się w mojej głowie co spowodowało nieprzyjemną gęsią skórkę na moim ciele.
-To nasz syn, musimy mu pomóc- załamany kobiecy głos tym razem zagłuszył moje myśli. Zrobiłam krok do przodu, stając tym samym przed wejściem do pomieszczenie. Rozmowa ucichła, a chłodne jak i smutne spojrzenie padło na moją sylwetkę. Zacisnęłam dłonie w pięści oddychając nierównomiernie. To zdecydowanie była najbardziej niekomfortowa sytuacja w moim życiu.
-Oh, ty jesteś pewnie Lucy?- odezwała się zgadując mama Justina i wstała powoli z łóżka nie spuszczając ze mnie wzroku. Nie mogąc wydusić z siebie słowa skinęłam lekko głową i przekroczyłam próg pokoju. Czułam cały czas palący wzrok mężczyzny na sobie co ani trochę nie było przyjemne. Tego nawet nie można porównać do spojrzenia Justina, które wolałam w tej chwili sto razy bardziej.
-Widziałaś Justina?- zadała kolejne pytanie robiąc kilka kroków do przodu.
-Tak..- zaczęłam.-pobił się z kimś prawdopodobnie- dodałam szybko wyprzedzając odpowiedzią z pewnością następne pytanie kobiety.
-Bójka!?- wybuchł nagle tata Justina. Wzdrygnęłam się na jego nagły krzyk i spuściłam jak najszybciej wzrok.- Chodźmy stąd, szkoda na niego czasu- warknął.
-Racja, idźcie- słysząc ten głos odwróciłam się momentalnie w stronę drzwi gdzie stał Justin z policjantami po obu swoich stronach. Cała moja uwaga była teraz skupiona na szatynie, ale on ewidentnie unikał ze mną jakiekolwiek kontaktu bo nawet na mnie nie spojrzał.
-Co ty sobie w ogóle wyobrażasz!?- krzyknął mężczyzna i gdyby nie szybka interwencja policjantów, rzucił by się z pięściami na chłopaka. Wystraszona odsunęłam się w głąb pokoju patrząc z przerażeniem na niesamowicie wkurzonego tatę Justina.
-Nie chce żebyście tu jeszcze kiedykolwiek przyszli, jasne?- tym razem odezwał się Justina. Jego ton głosu był tak przesiąknięty jadem i nienawiścią, że nawet nie chcę myśleć co zaszło pomiędzy nim, a jego rodzicami. Szkoda mi było najbardziej jego mamy, musiała to oglądać i z pewnością bolała ją nienawiść między synem, a ojcem. W oczach od razu zebrały mi się łzy i nawet kilka spłynęło niekontrolowanie po moich policzkach.
-Pieniędzy od nas więcej nie dostaniesz- syknął mężczyzna wyrywając się z uścisków policjantów.
-Nie chcę waszych zasranych pieniędzy- warknął szatyn z mordem w oczach. Teraz znam odpowiedź na pytanie skąd Justina ma pieniądze na leczenie w ośrodku i pewnie jak ich już nie będzie posiadał, pójdzie do więzienia.
Stałam jak wyryta, pogrążona przez natłok myśli nawet nie wiem kiedy w pokoju zostałam tylko Justin, ja i policjanci.
-Jutro ma się pojawić osoba która potwierdzi obecność pana Biebera w pańskim domu, sprawa również zostanie zamknięta- usłyszałam głos jednego z mężczyzn po czym dźwięk zamykających się drzwi. Między mną, a Justinem nastała długa i krepująca cisza. Miałam wrażenie, że jedyne co chciałby mieć teraz to święty spokój więc postanowiłam już iść, jednak kiedy wykonałam pierwszy krok, do moich uszy dobiegł jego charakterystyczny, zachrypnięty głos którego tak bardzo długo nie słyszałam, za którym tak naprawdę cholernie tęskniłam.
-Zostań.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Więc po pierwsze: strasznie przepraszam, że tak długo nie było rozdziało i miał on być grubo dwa tygodnie temu, ale... u nie w szkole nie jest zbytnio ciekawie, a właściwie jest masakrycznie. W następnym tygodniu cały czas mam kartkówki i sprawdziany, dosłownie codziennie. Myślę więc, że rozumiecie i mnie nie znienawidziliście :D Jak mi się uda przetrwać ten tydzień to w za tydzień w sobotę bądź w niedzielę dodam kolejny rozdział.
P.S Przepraszam, że daję wam czytać takie gówno, ale moje życie trochę się pokomplikowało, a nie chcę zawieszać tego bloga.
Kocham was i dziękuję jeśli przeczytaliście i zostawiliście komentarz. To mnie motywuje najbardziej!
Do następnego misie xx
Mam nadzieję, że nie ma błędów.. Miłego czytania xx
~~~~~~~~~~~~
-I co?!- krzyknęłam starając się przebić głośną muzykę. John tylko wzruszył ramionami i zajął miejsce tuż obok mnie. Wcześniej nie miałam problemu z tym jak John mnie dotykał czy nawet całował. Teraz stwierdzę, że siedzi za blisko..zdecydowanie.
-Jakby się rozpłynął- stwierdził, a jego dłoń znalazła się w jednej chwili na moim kolanie i zaczęła sunąć w górę. Wzdrygnęłam się na samą myśl co ja właściwie ze sobą robię i szybko przesunęłam się w bok posyłając niezręczny uśmiech w stronę chłopaka.
-Przepraszam- mruknął trochę zakłopotany. Cieszyło mnie, że odkąd się poznaliśmy za każdy niepodobający mi się ruch po prostu przepraszał. Jednak są na tym świecie jeszcze jacyś normalni faceci.
-Nie mam pojęcia kto to, boję się..- myślałam na początku, że to zwykły przypadek, że po prostu się na mnie patrzy jak każda inna osoba na tej imprezie, myliłam się. Mój wzrok podobnie jak poprzednio zaczął błądzić po wszystkich znajdujących się w salonie, na całe szczęście nie zobaczyłam go ponownie.
-Lucy, naprawdę zajebiście bawię się w twoim towarzystwie, ale myślę, że najlepiej będzie jak wrócisz do domu- powiedział John. Na sam głos tych słów poczułam się lepiej. Nie ma nic bardziej bezpiecznego niż własny dom, prawda?
-Masz racje- posłałam lekki uśmiech w kierunku czarnowłosego i wstałam powoli z kanapy.
-Dziękuję, za to, że chociaż ty o mnie się troszczysz- zażartowałam. Chłopak wybuchnął śmiechem po czym przybliżył się do mnie i pocałował w policzek.
-Spotkamy się jeszcze?- zapytał z nadzieją przeszywając mnie wzrokiem. To dziwne, ale w jego towarzystwie czułam się mega swobodnie, co innego mogę powiedzieć o Justinie..
-Z pewnością- pożegnałam się z Johnem i odeszłam w celu znalezienia wkurwionego Danniego i pewnie zalanej w trzy dupy Madison.
Z każdym kolejnym krokiem docierało do mnie to co właśnie miało się zaraz wydarzyć. Po tak długim czasie w końcu odważyłam się pojawić w ośrodku. Oczywiście pani Scott zna moją wersję w której na pewno nie ma nic o tym, że rodzice zabronili mi widywać Justina czy o tym zdjęciu w nowojorskiej gazecie. Pieprzonej gazecie. Dziś był również dzień w którym muszę powiedzieć Madison prawdę i to, że musi iść złożyć zeznania ponieważ ta sprawa z morderstwem toczy się zdecydowanie za długo, a ja mam tego serdecznie dosyć. Zatrzymałam się pod ośrodkiem i niepewnie uniosłam wzrok. Mój żołądek co jakiś czas skręcał się nieprzyjemnie, a rozum cały czas zadawał jedno pytanie "Czy nie powinna odpuścić?". Może któregoś dnia uda mi się na to pytanie odpowiedzieć, na pewno nie teraz, nie w chwili kiedy pod budynkiem zatrzymał się radiowóz. Stałam jak wyryta nie wierząc w to co widzę. Dwóch policjantów których miałam okazję spotkać wcześniej podeszło do tylnych drzwi i otworzyli je.
-Jezu..- szepnęłam zakrywając dłonią usta. To co teraz działo się w mojej głowie było nie do opisania. Nie wiedząc dlaczego to robię, szybko ruszyłam w stronę pobitego Justina.
-Pani Darling..- zaczął jeden z mundurowych nie ukrywając się z nieprzyjemnym spojrzeniem. Odpuściłam wywracania oczami.
-Prosiłbym żeby pani weszła już do środka- dokończył chyba zirytowany moją osobą i ruszył z miejsca z chłopakiem u boku. Była całkowicie oszołomiona tym co przed chwilą zobaczyłam, że nie mogłam wykonać żadnego ruchu. Teraz wiem, że nie powinnam odpuścić i pojawić się w tym ośrodku prędzej, a nie po tygodniach. Jestem egoistką, myślącą tylko o sobie. Sama chciałam mieć tą pracę, sama tu przyszłam i ja jestem odpowiedzialna w pewnym stopniu za Justina. Idiotka.
-Lucy, dobrze, że jesteś- Pani Scott niemalże rzuciła się na mnie kiedy tylko znalazłam się w holu. Posłałam kobiecie wymuszony uśmiech.
-Możesz iść do pokoju Justina, on na razie jest u pielęgniarki. Chyba widziałaś sama co narobił- mruknęła zakłopotanie tupiąc nogą o białe płytki. Poczucie winy rosło z każdą sekundą.
-Myśli pani, że to przeze mnie...- kobieta szybko mi przerwała dotykając lekko mojego ramienia.
-Prawdopodobnie Justin wymknął się i pobił- powiedziała szybko nawiązując ze mną kontakt wzrokowy.
-Przepraszam- te słowa opuściły moje usta zanim zdążyłam się na tym zastanowić. Chyba dobrze w sumie, bo najwidoczniej rozbawiłam nimi panią Scott. Zawsze coś.
-Nie przepraszaj Lucy- powiedziała śmiejąc się.- porozmawiaj z Justinem, bardzo cię proszę i mam również nadzieję, że nie zrezygnujesz z pracy tutaj..- dodała poważniejszym tonem. Spuściłam wzrok na białe kafelki.
-Nie zrezygnuję- mruknęłam mając nadzieję, że te słowa dodadzą jakoś otuchy pani Scott, bo Justin nie jest tu jedynym pacjentem,a ona nie ma tylko jego na głowie. Chodź na prawdę się cieszę, że w niego wierzy, że stara się wyleczyć Justina i, że wierzy również we mnie, bo chyba powoli mnie to przerasta...
-Nie rozumiem...gdzie zrobiliśmy błąd?...- słysząc te słowa dobiegające z pokoju Justina czułam jak moje serce podchodzi mi do gardła. Za wiele jak na dzisiaj.. Zatrzymałam się przy drzwiach nie mogąc zrobić nic innego.
-Rozpieszczony gówniarz- ostry głos odbił się w mojej głowie co spowodowało nieprzyjemną gęsią skórkę na moim ciele.
-To nasz syn, musimy mu pomóc- załamany kobiecy głos tym razem zagłuszył moje myśli. Zrobiłam krok do przodu, stając tym samym przed wejściem do pomieszczenie. Rozmowa ucichła, a chłodne jak i smutne spojrzenie padło na moją sylwetkę. Zacisnęłam dłonie w pięści oddychając nierównomiernie. To zdecydowanie była najbardziej niekomfortowa sytuacja w moim życiu.
-Oh, ty jesteś pewnie Lucy?- odezwała się zgadując mama Justina i wstała powoli z łóżka nie spuszczając ze mnie wzroku. Nie mogąc wydusić z siebie słowa skinęłam lekko głową i przekroczyłam próg pokoju. Czułam cały czas palący wzrok mężczyzny na sobie co ani trochę nie było przyjemne. Tego nawet nie można porównać do spojrzenia Justina, które wolałam w tej chwili sto razy bardziej.
-Widziałaś Justina?- zadała kolejne pytanie robiąc kilka kroków do przodu.
-Tak..- zaczęłam.-pobił się z kimś prawdopodobnie- dodałam szybko wyprzedzając odpowiedzią z pewnością następne pytanie kobiety.
-Bójka!?- wybuchł nagle tata Justina. Wzdrygnęłam się na jego nagły krzyk i spuściłam jak najszybciej wzrok.- Chodźmy stąd, szkoda na niego czasu- warknął.
-Racja, idźcie- słysząc ten głos odwróciłam się momentalnie w stronę drzwi gdzie stał Justin z policjantami po obu swoich stronach. Cała moja uwaga była teraz skupiona na szatynie, ale on ewidentnie unikał ze mną jakiekolwiek kontaktu bo nawet na mnie nie spojrzał.
-Co ty sobie w ogóle wyobrażasz!?- krzyknął mężczyzna i gdyby nie szybka interwencja policjantów, rzucił by się z pięściami na chłopaka. Wystraszona odsunęłam się w głąb pokoju patrząc z przerażeniem na niesamowicie wkurzonego tatę Justina.
-Nie chce żebyście tu jeszcze kiedykolwiek przyszli, jasne?- tym razem odezwał się Justina. Jego ton głosu był tak przesiąknięty jadem i nienawiścią, że nawet nie chcę myśleć co zaszło pomiędzy nim, a jego rodzicami. Szkoda mi było najbardziej jego mamy, musiała to oglądać i z pewnością bolała ją nienawiść między synem, a ojcem. W oczach od razu zebrały mi się łzy i nawet kilka spłynęło niekontrolowanie po moich policzkach.
-Pieniędzy od nas więcej nie dostaniesz- syknął mężczyzna wyrywając się z uścisków policjantów.
-Nie chcę waszych zasranych pieniędzy- warknął szatyn z mordem w oczach. Teraz znam odpowiedź na pytanie skąd Justina ma pieniądze na leczenie w ośrodku i pewnie jak ich już nie będzie posiadał, pójdzie do więzienia.
Stałam jak wyryta, pogrążona przez natłok myśli nawet nie wiem kiedy w pokoju zostałam tylko Justin, ja i policjanci.
-Jutro ma się pojawić osoba która potwierdzi obecność pana Biebera w pańskim domu, sprawa również zostanie zamknięta- usłyszałam głos jednego z mężczyzn po czym dźwięk zamykających się drzwi. Między mną, a Justinem nastała długa i krepująca cisza. Miałam wrażenie, że jedyne co chciałby mieć teraz to święty spokój więc postanowiłam już iść, jednak kiedy wykonałam pierwszy krok, do moich uszy dobiegł jego charakterystyczny, zachrypnięty głos którego tak bardzo długo nie słyszałam, za którym tak naprawdę cholernie tęskniłam.
-Zostań.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Więc po pierwsze: strasznie przepraszam, że tak długo nie było rozdziało i miał on być grubo dwa tygodnie temu, ale... u nie w szkole nie jest zbytnio ciekawie, a właściwie jest masakrycznie. W następnym tygodniu cały czas mam kartkówki i sprawdziany, dosłownie codziennie. Myślę więc, że rozumiecie i mnie nie znienawidziliście :D Jak mi się uda przetrwać ten tydzień to w za tydzień w sobotę bądź w niedzielę dodam kolejny rozdział.
P.S Przepraszam, że daję wam czytać takie gówno, ale moje życie trochę się pokomplikowało, a nie chcę zawieszać tego bloga.
Kocham was i dziękuję jeśli przeczytaliście i zostawiliście komentarz. To mnie motywuje najbardziej!
Do następnego misie xx
Subskrybuj:
Posty (Atom)